Ozzy Osbourne. Ostatnie namaszczenie.

Ostatnie namaszczenie.
Ozzy Osbourne, Chris Ayres
Wydawnictwo In Rock, 2025 (org. 2025)

5 out of 6 stars

Ostatnie namaszczenie to kontynuacja wydanej 15 lat temu Ja, Ozzy. Ci, którzy zapoznali się z tamtą znakomitą biografią, nie będą zaskoczeni. Ten sam ghostwriter, ten sam styl, nawet format książki. Tym razem jednak bez zdjęć i na kiepskiej jakości papierze.. Znak czasów…

Nie jest już też tak zabawowo – beztrosko. Ja, Ozzy kończy się na roku 2009, tu zaczynamy w 2018. Wkraczamy przede wszystkim w świat chorób, błędów lekarskich, szpitali i walki o powrót do koncertowania, im dalej, tym gorzej i smutniej. Zarazem to wszystko – choć stanowi mocny obraz walki z nieuchronną starością i zniszczonym organizmem – na co lekarstwa nie ma, przepełnione jest jednak niesamowitą, typową dla muzyka dawką humoru,  z błyskotliwymi, zaskakującymi porównaniami i bon motami, przy których człowiek po prostu zwija się ze śmiechu.

Dla tych, którzy oglądali No Escape From Now i Coming Home niemałym zaskoczeniem będzie solidne pogłębienie historii tam opowiedzianych. Jak się bowiem dowiadujemy z książki, wszelkie zdrowotne plagi egipskie, które spadły na Ozzy’ego w ósmej dekadzie życia, nie wzięły się znikąd, a doprowadził do nich sam główny zainteresowany. Okazuje się, że Ozzy niezmiennie pozostał człowiekiem uzależnionym i tendencje te nie mijały wraz z wiekiem. W książce przeczytamy o tym ze szczegółami, łącznie z tym, że jego ostatnim uzależnieniem były… jabłka Pink Lady, a pierwszym You Really Got Me The Kinks. To te nieliczne, nie niosące fatalnych konsekwencji. W ostatniej dekadzie życia do problemów zdrowotnych muzyka przyczyniło się uzależnienie od leków, a słynne złamanie kręgosłupa okazuje się nie efektem przypadkowego upadku, a źle wycelowanego, a praktykowanego od lat, skoku do własnego łóżka. 

Pomiędzy kroniką (głównie zdrowotną) ostatnich lat sporo mamy wspominek. Gdzieniegdzie uzupełniają one rzeczy o fakty i spojrzenie dotychczas nieznane. Jednak sporo tu powtórzeń – treści, o których czytaliśmy w poprzedniej książce – zatrzymujemy się na dłużej przy w zasadzie każdej z głośnych spraw w życiu Ozzmana – gołębie w siedzibie CBS, nietoperz w Des Moines, atak na Sharon i – najbardziej szczegółowo –  wypadek, w którym zginął między innymi Randy Rhoads. Zabrakło tylko historii z Alamo.

Wyraźnie widać, że minęło 15 lat od premiery poprzedniej książki i czasy się zmieniły. Przedstawiane opinie Ozzy’ego są ostrożniejsze, bardziej wyrażone, a wszelkie ekscesy są odpowiednio wyjaśniane. Ba, przy okazji anegdoty o Lemmym Kilmisterze możemy pod nosem uśmiechnąć się z deklaracji w którymś momencie zwolniłem, on nigdy. Głośny śmiech ogarnie nas natomiast zderzając historię z Ja, Ozzy z deklaracją dotyczącą pokoncertowych wizyt fanek: my (Black Sabbath – dop. MW)mieliśmy co najwyżej paru gości chętnych do obalenia kilku kufelków i dyskusji na temat znaczenia Spiral Architect. Sabbaci byli zespołem dla facetów i tak zostało później, gdy grałem solowe koncerty. Cóż, może i momentami jest nieco wybiórczo i wybielająco, ale generalnie wciąż jest to historia bez specjalnych upiększeń i owijania w bawełnę, pełna ekshibicjonizmu i soczystych anegdot. Na pewno jednak dużo więcej tu życiowych refleksji i rozliczeń dojrzałego człowieka, spoglądającego na całe swojego życie i powoli je podsumowującego.

Ci, którzy sięgną po książkę szukając rzeczy przede wszystkim związanych z muzyczną twórczością pana Podwójne O znajdą tu sporo ciekawostek. Fakt, raczej przemyconych gdzieś po drodze, przy okazji, aniżeli wielostronicowych analiz. Ale całkiem tego tu sporo czy o poszczególnych płytach czy chemii panujących w poszczególnych składach. Najwięcej chyba o powstawaniu płyty 13 i udziale Ricka Rubina, z zadziwiająco smutnymi kulisami trasy koncertowej, gdzie, jak się okazuje, muzycy rzadko nawet się widywali. Jednymi z najzabawniejszych fragmentów książki są opowieści o współpracy z Lemmym czy nagrywaniu This Means War z Busta Rhymesem. Co nieco kulis odsłonięto odnośnie współpracy z Post Malone czy powstawaniu Ordinary Man, wreszcie też mamy coś więcej niż wspomnienie na temat Jake’a E.Lee. Dowiecie się także, który koncert Ozzy uważa za najlepszy w swojej karierze, jak i to, że w wieku 76 lat pogodził się i z wyrozumieniem spojrzał na okres, w którym w Black Sabbath, śpiewał Ronnie James Dio. Nie pogodził się natomiast ewidentnie z tym, że ostatnia płyta i trasy koncertowe tego zespołu odbyły się bez Billa Warda. Jak się okazuje, na koniec kariery planowane były występy w Las Vegas w ramach tak zwanej koncertowej rezydencji.

Wielu może zadziwić muzyczny gust Ozzy’ego. O tym, że jest fanem Beatlesów wiadomo, tu możemy przeczytać jak bardzo ceni Eltona Johna, Petera Gabriela (z naciskiem na album So, o czym czytamy zabawną historię), Phila Collinsa czy Kraftwerk. Ozzy okazuje się też wielkim fanem Electric Avenue Eddy’ego Granta

Książka pisana była w zasadzie do ostatnich dni życia, stąd szczegółowo opisane mamy Back To Beginning, a po nim dalsze plany artysty. Przytoczmy kilka cytatów: Mam pomysł na nowy album. Czuję się jak kruszejący posąg. Dosłownie się rozsypuję. Nie mówię, że jestem gotowy odejść. Ale miałem dobre życie. 

Podsumowując – bardzo udana kontynuacja Ja, Ozzy. Bardziej refleksyjna i podsumowująca. Wciąż przepełniona charakterystycznym poczuciem humoru, przypominającym, że Bill Ward miał rację mówiąc w jednym z dokumentów, że Ozzy równie dobrze mógłby być świetnym komikiem. Znów mamy okazję przekonać się jak barwną postacią był muzyk, zarazem jak był pełen kompleksów, z jakiej biedy się wyrwał. A także, jak mocno związany był z rodzimym Birmingham i przyjaciółmi z Black Sabbath. I jak ważni byli dla niego fani, muzyka, a przede wszystkim adrenalina płynąca ze sceny – Nie ma nic lepszego niż dobry koncert. To jest magia.