Szczecin Metal Meeting, Szczecin, 13.09.2012 r.

Artykuł oryginalnie opublikowany na rockers.com.pl 17.09.2012 r.

Kto: Scream Maker, Syper Force, Sandstone, Tim „Ripper” Owens
Gdzie: Szczecin, DK Słowianin
Kiedy: 13.09.2012 r.

Gwiazdą kolejnej edycji „Szczecin Metal Meeting” był znany przede wszystkim jako „ex-wokalista Judas Priest„, Tim „Ripper” Owens, który występował pod solowym szyldem. Wcześniej na scenie stawały mniej znane zespoły – krajowe Scream Maker i Syper Force oraz północnoirlandzki Sandstone.

Po odejściu z Judas Priest i kolejnej robocie „na zastępstwo”, tym razem w Iced Earth, Ripper zniknął z szerszego pola widzenia. Jego kolejne projekty nie wzbudzały szerszego zainteresowania, przypomniał się dopiero przy okazji grania z Yngwie Malmsteenem, a i tu jak wiadomo o występach i popularności na skalę Judas Priest może tylko pomarzyć. Do Polski na trzy koncerty trafił w ramach solowej trasy, gdzie prezentuje zestaw utworów zebranych z całej swojej kariery oraz tych z repertuaru… DIO, jako że jest on obecnie członkiem zespołu Dio Disciples, gdzie wraz z byłymi współpracownikami nieżyjącego mistrza, koncertuje w jego hołdzie. Zatem występ z cyklu „odcinanie kuponów”, aniżeli próba rozpoczęcia nowej, solowej działalności. Jak się okazało, nazwisko Owensa nie jest specjalnym magnesem dla słuchaczy, których w klubie zgromadziło się niewielu. Mimo, że sporo osób przyjechało z dalszych okolic stolicy zachodniopomorskiego, koncert nie cieszył się specjalnie dużym zainteresowaniem. Dość powiedzieć, że po zakończeniu po autografy ustawiło się ledwie kilkanaście osób…

Każdy marzy o pięciu minutach sławy, my dostaliśmy dwadzieścia – na scenie pojawił się pierwszy zespół Scream Maker. I w tak krótkim czasie potrafił dać znakomity występ, z miejsca zapadając w pamięć. Świetnie czujący się na scenie wokalista Sebastian Stodolak z fryzurą a’la Rob Halford z początku lat 80. pokazał nieprzeciętną charyzmę i możliwości głosowe – po pierwszym wejściu na „górki” „widzowie stolikowi” szybko dopili piwo i ruszyli pod scenę. Jego falsety w stylu Michaela Kiske naprawdę robiły wrażenie. Grupa zaprezentowała do bólu klasyczne heavy metalowe granie, prezentując całą jego esencję, czemu sprzyjały wysokie umiejętności nie tylko wokalisty, ale i dwóch gitarzystów, którzy czarowali i efektownymi sztuczkami z metalowych annałów, jak i intrygującymi solówkami. Mimo niewielkiej ilości miejsca (perkusja ustawiona przed zestawem właściwych gwiazd) dali naprawdę niezły szoł, który słuchało i oglądało się z prawdziwą przyjemnością. Generalnie – bardzo udany występ – pozostaje zapamiętać nazwę i oczekiwać na płytę.

Kolejny na scenie był zespół Andy’ego „Sypera” Sypniewskiego, Syper Force, który tym koncertem zwieńczał minitrasę na swoje dwudziestolecie. Obok Sypera w składzie znalazło się trzech młodych muzyków, jednak to właśnie weteran pomorskiej sceny metalowej prezentował zdecydowanie najwięcej młodzieńczego wigoru i niewątpliwie rządził i dzielił na scenie pod którą zgromadziło się całkiem sporo przyjaciół grupy, którzy zagrzewali ją do boju. Specyficzna maniera lidera grupy nie każdemu będzie odpowiadać, ale energii scenicznej wciąż wielu może mu zazdrościć – co szczególnie mocno tyczy się pozostałych członków zespołu. Gościnnie zaprezentował się też miejscowy wokalista Maciej Podsiadło, który w utworze Heaven przede wszystkim popisywał się mocno egzaltowanym falsetem. Półgodzinny występ nie wzbudził specjalnych emocji, także przez niespecjalnie dobre brzmienie zafundowane przez dźwiękowca.

Ostatnim z supportów był Sandstone, towarzyszący Ripperowi podczas całej jego tegorocznej trasy. Ich muzyka to okolice power metalu z zacięciami progresywnymi, momentami kojarzące się z Queensryche. Swego czasu parę ciepłych słów o kapeli powiedział Bruce Dickinson, ostatni album został też bardzo dobrze oceniony w muzycznej prasie, także zespół powoli wypływa na szersze wody, na co niewątpliwie zasługuje. Panowie dali bardzo żywiołowy i energetyczny koncert, który wielu zgromadzonym wyraźnie przypadł do gustu. Praktycznie nieznana u nas kapela szybko zaskarbiła sobie sympatię publiczności, podczas finalnych utworów doskonale bawiła się doprawdy spora grupa ludzi. Wokalista Sean McBay w długim skórzanym płaszczu i ciemnych okularach przykuwał uwagę, tak jak i pełni wigoru i zapału gitarzyści – Stevie McLaughlin i nowy członek grupy – Dee Kivlehan. Warto dalej obserwować rozwój tej kapeli, bo potencjał naprawdę mają spory.

I w końcu na scenie pojawił się mistrz ceremonii. Zapamiętałem go z czasów Judas Priest, toteż nieco zdziwiłem się widząc, jak wygląda w tej chwili – nie poznałbym go, gdybym spotkał pod klubem… Cóż, artysta w dniu koncertu kończył 45 lat! Ale głos – wciąż jak armata, o czym przekonaliśmy się z miejsca. W otwierającym całość And… You Will Die z repertuaru jedynej płyty Beyond Fear charakterystyczne falsety brzmiały doskonałe! A zaraz po jego zakończeniu zgromadzeni odśpiewali artyście Happy Birthday. Odwdzięczył się w najlepszy możliwy sposób – ruszył The Ripper, a niemalże natychmiast po nim Victim of Changes. Niemalże od razu ruszyła przednia zabawa zgromadzonej publiczności, choć ustawienie publiczność było dość zabawne. Tłoczno przez pierwsze dwa rzędy, a potem duża pusta przestrzeń, którą zajął jeden gitarzysta niewidzialnej gitary i gdzie kilka osób bezskutecznie próbowało rozkręcić pogo. Kiedy dałem się wciągnąć we wspólne skakanie, usłyszałem z wyrzutem, że „dzisiaj publiczność już nie ta co kiedyś”…

Po dawce klasycznego Judas Priest przyszedł czas na klasyk z ery z czasów, gdy frontmenem był bohater wieczoru. Na Burning Hell z Jugulator czekało wielu. Utwór zagrany został szybciej niż w oryginale, co odbiło się trochę na jego niezwykłym klimacie, a do tego Ripper pierwszy słynny krzyk refrenowy oddał publiczności. Ale jako całość – było fenomenalnie.

Generalnie, o ile głos Rippera robił olbrzymie wrażenie, to pozostali muzycy nie dostosowali się do tego poziomu. Sekcja rytmiczna dała z siebie wszystko (szczególnie perkusista) ale obaj gitarzyści dość wyraźnie przeszli obok koncertu, grając bez specjalnego entuzjazmu, do tego brzmieniem przesłaniali melodyjność i charakterystyczne frazy klasycznych utworów, które tego wieczoru wybrzmiewały. Szczególnie wyraźnie wyszło to przy Don’t Talk to Strangers z repertuaru DIO oraz Beyond the Realms of Death. Niemniej jednak jako całość – koncert musiał się podobać.

Było jeszcze trochę Judas Priest (Blood Stained, One on One), Black Sabbath z czasów Ronniego Jamesa Dio (The Mob Rules, Heaven and Hell – na bis), kolejne dwa numery Beyond Fear (Scream Machine i The Human Race, który Tim z wyraźnym animuszem zapowiedział jako swój ulubiony), a także When The Eagle Cries Iced Earth, które uspokoiło atmosferę po gorącym początku.

Mimo, że w dniu koncertu Ripper obchodził urodziny, nie było ani specjalnych zaskoczeń, ani smaczków, których można było oczekiwać. Publiczność odśpiewała jeszcze raz „sto lat” (zaintrygowany Tim podszedł do pierwszych rzędów pytając się, co jest grane, a konkretnie śpiewane), a przed bisami, organizator całości Piotr Winnicki wniósł na scenę szampana, który Tim otworzył przy chóralnym 100 lat nieoczekiwanie gwałtownie przerwanym przez Heaven And Hell. Koncert zakończył się dość szybko i pozostawił trochę niedosytu, szczególnie że bis był dość krótki, a i spora część zgromadzonych liczyła na Painkiller.

Szkoda tylko, że całość, mimo biletów w przystępnej cenie, zgromadziła tak mało zainteresowanych. Pod tym względem Szczecin wypada po raz kolejny słabo – i trudno zrozumieć dlaczego. Tym większy szacunek dla organizatorów cyklu Szczecin Metal Meeting za to, że mimo tego wciąż niestrudzenie organizują kolejne edycje.