The Darkness, Palladium, Warszawa, 16.03.2013 r.

Artykuł oryginalnie opublikowany na rockers.com.pl 18.03.2013 r.

Kto: Ginger Wildheart, The Darkness
Gdzie: Warszawa, Klub Palladium
Kiedy: 16.03.2013 r.

  1. Thin LizzyThe Boys Are Back in Town (intro z taśmy)
  2. We are Hawkins Brothers (drugie intro z taśmy)
  3. Every Inch of You
  4. Black Shuck
  5. Growing on Me
  6. She Just a Girl, Eddie
  7. One Way Ticket
  8. Nothin’s Gonna Stop Us
  9. Get Your Hands Off My Woman
  10. Love Is Only a Feeling
  11. Friday Night
  12. Concrete
  13. How Dare You Call This Love?
  14. Givin’ Up
  15. Stuck in a Rut
  16. I Believe in a Thing Called Love

Bisy

17. The Best of Me
18. Everybody Have A Good Time
19. Street Spirit (Fade Out)
20. Love on the Rocks with No Ice

Scena była już gotowa do wejścia grupy od ładnych kilkunastu minut. Ale miało być o 21.15 – i tak było. Godna podziwu punktualność. Zgasło światło i ruszyło nieśmiertelne The Boys Are Back In Town Thin Lizzy. Spodziewałem się paru taktów i startu kapeli po pierwszym refrenie. Tymczasem utwór poleciał w całości i… nic, scena dalej pusta. Zaczął lecieć drugi utwór – głos niby Hawkinsa, akustyczne gitary. Trochę nerwowo, czemu tyle czekamy, coś się stało?? Pobili się czy co? Słowa We are the Hawkins Brothers/And I am Frankie Poullain! We are the Hawkins Brothers!/And this is Eddie Graham… rozwiały wątpliwości – to drugie intro. Ufff…

Wychodzą. Równym krokiem na scenę wkroczyła cała czwórka. Chwycili się za ręce i stanęli w niemym bezruchu, w pozie przypominającej Queen z klipu Radio Ga Ga. Triumfujące spojrzenie w publikę i bijąca w całej okazałości pewność siebie. Oto i The Darkness.

Ruszyło Every Inch Of You spokojnie wprowadzające w klimat koncertu, a następnie szaleńczy Black Shuck z doskonałym riffem, którym rozpoczęli właściwą część występu. Szalejący Justin w pasiastym stroju z szafy Freddiego Mercury’ego sprzed 40 lat z dekoltem kończącym się gdzieś za pępkiem, spokojny, nieco schowany i taki niby-grzeczny, bezbłędnie serwujący riffy i solówki Dan w dzwonach i koszulce „Thin Lizzy” po lewej stronie sceny (patrząc z perspektywy publiki), po prawej jak zwykle ekscentrycznie ubrany, przykuwający uwagę również okazałym afro i groźnymi, niby bezdusznymi, minami basista Frankie Poullain i Ed Graham za zestawem perkusyjnym. Klasyczny skład – jak dobrze, że wrócili. Jakże brakowało takiego zespołu, takiego show.

Justin Hawkins wydaje się być postacią z innej planety. Ekscentryczny zarost, masa tatuaży i strój, którego w dzisiejszych czasach nie włożyłby już nikt. Śpiewa kapitalnie – bezproblemowo wyciągając wszystkie zwariowane falsety z płyt, ale i potrafiąc zaskoczyć porządnym ryknięciem. Na do bólu klasycznym, przepięknie brzmiącym Les Paulu wyciska solówki – marzenia. I jest scenicznym zwierzęciem.

Narcystyczne pozy, pawi chód, maksymalne gwiazdorzenie, cała masa zagrywek z rockandrollowego kanonu, samouwielbienie – to jeden z nielicznych, któremu takie coś przejdzie na sucho. Publiczność po prostu je mu z rąk. Całkowicie nią rządzi, ma w sobie ten magnetyzm, który mają nieliczni.

Nie jest to żadne nawiązywanie czy kiepskie naśladowanie Freddiego Mercury’ego. Ten gość po prostu ma w sobie tę samą pasję, ten sam błysk i taką samą moc władania publiką.

Justin stał na głowie (dosłownie – w czasie Get Your Hands Off My Woman nogami komenderował oklaskami publiki), co chwila skakał wymachując nogami niczym David Lee Roth w klipie Jump, z rockandrollowym gitarowym przytupem przy opadaniu, grał gitarą za plecami, wykonywał ruchy frykcyjne z gitarą między nogami, rzucał w publikę ręcznik, którym przed chwilą dokładnie wytarł spocone pachy…

Kulminacją była wędrówka na barkach ochroniarza (skądinąd wyjątkowo pomocna i miła brygada – brawo) przez całą salę Palladium, wygrywając solo do finałowego Love on the Rocks…. Było oczywiście i śpiewanie z publiką i maszerowanie z polską flagą owiniętą wokół szyi.

Interakcji było wyraźnie w ilości ponadstandardowej, ale do tego jeszcze wrócimy. A pomiędzy utworami wędrówka ku technicznym, aby napić się wody. Żadnych alkoholi na scenie nie uświadczyliśmy.

Pozostali muzycy z raczej kamiennymi twarzami i momentami dość kpiącymi minami spoglądali na wyczyny frontmana. Ale to żadni sztywniacy, ot taka ich sceniczna poza.

Kiedy Dan wygrywał solo do Love Is Only a Feeling Frankie i Justin siedli po przeciwstawnych bokach sceny z gitarami między nogami skierowanymi do góry, niczym antyczne posągi. Frankie i Justin w pewnym momencie zaatakowali też i z dziecięcą radością zaczęli spychać zmierzającego ku efektom gitarowym Dana tuż przed solówką.

W pewnym momencie światła zostały też skierowane na Eda Grahama, na którego w teatralnej pozie wskazywał frontmen. A ten? Ze znudzoną, zmanierowaną miną czekał, aż publiczność skończy wykrzykiwać jego imię, a oświetleniowiec zdejmie z niego snop światła.

Miał też swoje pięć minut kiedy wszyscy skakali, wprowadzając podłogę Palladium w dziwne drgania i wyraźnie słyszalne dość niepokojąco brzmiące stęki rozdzieranego drewna. Justin namówił do skakania i członków zespołu. Najdłużej opierał się właśnie Graham, który po długich namowach starszego Hawkinsa i wrzaskach publiczności zaliczył skok, lekko podnosząc się ze swego siedziska.

Publiczności nie było spektakularnie dużo, dominowali studenci i licealiści. Ale ci, którzy byli, potrafili bawić się doskonale. Szybko docenił to frontmen grupy, który stwierdził, że to jak na razie jego najlepszy i ulubiony koncert. Wkrótce poleciała flaga z życzeniami urodzinowymi (Justin obchodził je następnego dnia), było odśpiewywanie „sto lat”.

Generalnie – interakcja z publiką bardzo blisko, widać było złapanie wspólnych fal. Zespół wyraźnie bawił się doskonale razem ze zgromadzonymi.

Co do setu – wyraźnie widać, że unikają wspomnień z drugiej płyty, z której zabrzmiał tylko numer tytułowy. Sięgają nawet po strony B singli (How Dare You Call This Love i The Best Of Me – na bis!), a pierwsza płyta zabrzmiała niemalże w całości (zabrakło tylko Holding My Own).

Chwilę na oddech mamy krótką w środku – Love is Only a Feeling i Friday Night, w większości przypadków panowie łoją aż miło, jazda bez trzymanki.

Ciężko wskazać najlepsze momenty, ale na mnie największe wrażenie zrobiły Black Shuck, Concrete, Love is Only a Feeling, I Believe in a Thing Called Love, Street Spirit… Zaraz wymienię cały set, ale nie mogę wspomnieć o finałowym Love on the Rocks with No Ice. Wydawało mi się, że to nienajlepszy utwór na zakończenie, ale… sprawdził się kapitalnie i pięknie zwieńczył cały koncert.

Zespół grał niezwykle sprawnie, a w zachwyt wprawiały nie tylko warunki głosowe Justina Hawkinsa, ale i umiejętności gitarowe obu braci. Warszawski koncert The Darkness był esencją tego, co w rocku najpiękniejsze. Koncert – marzenie.

Jak podsumował redaktor Kwintal dla takich chwil warto żyć. Niedosytu nie było. Czekamy na kolejny album i obiecany powrót na kolejny koncert.

PS. W roli supportu wystąpił z solowym zespołem Ginger Wildheart. Było bardzo głośno, punkowo, na trzy gitary z muzykami ustawionymi w jednym rzędzie. Spisali się nieźle, doczekali pochwał ze strony Justina, ale jak dla mnie to support nietrafiony.