Naszym zdaniem najlepsze: Orajt, Buty, Księżyc nad Rakowcem
Burzliwie działo się w T.Love pod koniec 2025 roku, jeszcze w czasie nagrywania tejże płyty. Zwolnienie Jana Benedka, a – zwłaszcza – chwilę później Sidneya Polaka przyniosło grupie i obu muzykom czas antenowy i zainteresowanie, o których normalnie mogliby tylko pomarzyć. Nie o to chyba jednak chodziło, nie wyglądało to wszystko najlepiej, oby w efekcie przełożyło się to jednak na większą mobilizację i dobre płyty zarówno ze strony bardzo ciekawie zapowiadającego się projektu BNDK, jak i Sidneya Polaka. Trzymam kciuki.
Tymczasem dostajemy trzynasty studyjny album T.Love, aż trudno mi uwierzyć, że to już cztery lata od Hau! Hau!. Słyszymy na nim jeszcze i Sidneya, i Benedka, natomiast w efekcie zawirowań, zmieniła się nieco koncepcja i zawartość muzyczna, nad którą pieczę w zasadzie samodzielnie sprawował Jacek Perkowski. Co warto podkreślić – bo to słychać – tym razem zespół, wróć, Muniek z Perkozem – pracowali zupełnie inaczej, w większości przypadków, najpierw powstawały teksty.
Perkoz jako kierownik muzyczny (producent i kompozytor niemal wszystkich numerów) całego przedsięwzięcia, zdecydowanie stanął na wysokości zadania. Jego pomysły i wyobraźnia stanowią na pewno najmocniejszy punkt albumu. Płyta ciekawie i nowocześnie brzmi, miks i produkcja są naprawdę oryginalne. Mamy tu sporo smaczków, które z przyjemnością się odkrywa – fajne aranżacje, kombinacje brzmieniowe, intrygujące gitarowe ozdobniki i solówki. W końcu – muzyka bardzo dobrze wpasowuje się w teksty numerów. Świetnie słychać to w zasadzie na całej płycie, choć najlepiej w pierwszych czterech numerach.
Po nieco rozmytym w elektronice, idącym w zgodzie z rockowymi trendami, udanym Hau! Hau!, fani liczyli na mocniejsze gitarowe uderzenie. Stąd z pewnością wielu z największym entuzjazmem przyjmie najbardziej energetyczne Najpiękniejsze, utwór z gościnnym udziałem WaluśKraksaKryzys, przypominający złote lata 90. i początek XXI wieku w twórczości zespołu. Jeszcze z dwie dekady temu taki numer lśniłby na płycie. AD 2026 pokazuje, że czasu nie da się oszukać, a Muniek lepiej odnajduje się w utworach o wolniejszym tempie i mniejszym zagęszczeniu tekstu.
Stąd lepiej, kiedy zespół zwalnia, gra nieco lżej, a zarazem wciąż wciąga dobrą energią. Najlepiej wpasowują się w to dwa pierwsze, znakomite numery. Oba niosą żywiołowe rytmiczne riffy, szczególnie porywający jest ten w Butach, gdzie tnącą gitarę o ciekawym brzmieniu fajnie uzupełniają chwytliwy bas i skoczne dogrywki na klawiszach. Z kolei Orajt (również przez słowa) buduje mocne skojarzenia z tytułowym z poprzedniej płyty.
Niestety, większości numerów brakuje nieco charakteru, mocniejszego rysu, który sprawiałby, że chciałoby się częściej do nich wracać, z mającą duży niewykorzystany do końca potencjał Agnieszką na czele. Warto wspomnieć o Melani i Pośle R.P., gdzie w zwrotkach mamy wręcz recytację (a kiedyś takie historie Muniek potrafił sprzedać w znacznie lepszych melodiach, patrz Ona i Ona), a to ze względu na wyróżniające się niezwykle chwytliwe refreny oraz interesującą brzmieniowo – aranżacyjnie obudowę recytującego Muńka.
Na pewno jednak udały się ballady, zwłaszcza najciekawszy, mocniejszy, lekko psychodelizujący Księżyc nad Rakowcem. Całkiem zgrabnie udał się flirt z popem i duet z Sarsą – jako ewidentna próba wylansowania drugiej Pochodni – przebojowy zwłaszcza w szybszej wersji radiowej. W duszach tilawowych fanów na pewno dobrze będzie rezonować nostalgiczne Tottolotto, głównie dzięki emocjom w głosie Muńka.
Z przykrością odnotowuję, że znów zawodzą teksty, a przecież to one stanowiły tym razem punkt wyjścia. Nie jest dobrze, jeśli na płycie najlepiej wypada gościnny tekst (zielonogórskiego poety Michała Matejczuka). A jak ważne w tym zespole są słowa – chyba wyjaśniać nie muszę. Najlepiej wypada najbardziej emocjonalny i osobisty Księżyc nad Rakowcem. Płyta jest spięta też niezłą klamrą obserwacji o współczesnych czasach – lekko nie jest, ale Muniek – w swoim charakterystycznym stylu – wciąż przesyła łobuzerskie pozytywne wibracje i uspokaja, że nie ma co się tak przejmować, będzie orajt… Pozostałe w większości zawodzą, brakuje dawnej błyskotliwości, finezji, niektóre rymy sprawiają wrażenie dopasowanych na siłę. Momentami zaskakują wręcz truizmami (Poseł R.P.), czasem nawet nieco zgrzyta w uszach, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że to tylko rockandroll (Piąteczek, Buty, gdzie nieklejący się tekst psuje znakomitą muzykę). Wyjątkowo miałki tekst zespół pożyczył też od Pawła Dunina – Wąsowicza…
Płyta przede wszystkim dla fanów, w zasadzie tak jak i wszystkie od czasów Old is Gold. Sęk w tym, że baza fanów generalnie pozostała ta sama i starzeje się, szukając – zwłaszcza – w tekstach czegoś więcej i oczekując jakości i błysku z dawnych lat, tego, na czym się wychowała. Ze smutkiem należy skonstatować, że najważniejsi tekściarze polskiego rocka – jak Muniek, Kazik czy Grabaż – w kryzysie, bez tego błysku w piórze, którego tak potrzebujemy. Na szczęście w znakomitej formie wciąż jest Wojciech Waglewski.
PS. Podoba mi się okładka, a płyta jest fajnie, bogato wydana.