T.Love, Szczecin, Heya Club, 26.10.2012 r.

Artykuł oryginalnie opublikowany na rockers.com.pl 28.10.2012 r.

Kto: T.Love
Gdzie: Szczecin, Heya Club
Kiedy: 26.10.2012 r.

Koncert w Szczecinie był trzecim promującym nowe wydawnictwo grupy Old Is Gold, które w twórczości T.Love otwiera zupełnie nowy rozdział. Byłem niezmiernie ciekaw jak nowe utwory zostaną przyjęte przez publiczność oraz jak będzie wyglądała setlista. Kiedy scenę opuściły supporty i nadszedł czas na gwiazdę wieczoru, zaskoczenie wzbudzały znajdujący się w centralnym miejscu sceny taborecik oraz ekran akustyczny ustawiony przed perkusją. I cóż, kiedy zespół wszedł na scenę (przywitany gorącym aplauzem), Muniek zasiadł na taborecie i w pozycji siedzącej odśpiewał Black and Blue i Frontline, można było poczuć przysłowiowego bluesa. Trochę skonfundowana na początku publiczność w większości szybko załapała klimat, szczególnie kiedy utwory przyspieszały, aczkolwiek pod sceną od samego początku dość głośno domagano się Ajrisz, Kinga, jednocześnie krzycząc gdzie jest Prymityw?. Muniek, będący wyraźnie w dobrym humorze, zbywał te okrzyki w dość żartobliwy sposób – tylko jeden nasz numer znasz?, Mariusz? Nie mamy takiego utworu, jednak w którymś momencie lekko się poddał mam walkę dzisiaj z Wami, cierpliwości trochę. Cóż, niewątpliwie większość zgromadzonej tego dnia publiczności oczekiwała jednak hitów. Niemniej jednak zespół przyjmowany był doprawdy niezwykle entuzjastycznie, odśpiewane zostało nawet 100 lat

A propo publiczności, dość niefajnym zjawiskiem było też skakanie i szaleństwo przy muzyce zespołu z piwem w ręku, co uprawiano w pierwszych rzędach. W efekcie co chwile na głowy zgromadzonych kapały litry spienionego napoju, a po pół godziny teren przy scenie był wypełniony odłamkami potłuczonych butelek. Szkoda, że organizatorzy kompletnie nie zwrócili na to uwagi.

Nowa płyta promowana była bardzo mocno, w sumie usłyszeliśmy z niej aż dwanaście nowych utworów. Znakomicie wypadły wszystkie. Country Rebel czy Skomplikowany (Nowy świat), które na płycie zdawały się nieco od całości odstawać, tu wypadły jak koncertowe killery. Ciekawie przyjęty przez publiczność został ten ostatni, bardzo dynamiczny ze sportowym intro perkusyjnym i refrenem pierdolę fejsa. Choć sporo osób przystąpiło do śpiewu refrenu po drugiej zwrotce, to jednak dominowały dziwne spojrzenia na przyjaciół i raczej – znowu – lekka konfuzja. Cóż, pierwsze co po przyjściu zrobi sporo z tych ludzi, to krótkie wspomnienie o koncercie na Facebooku właśnie…

Podczas akustycznych utworów – Jeśli boga nie ma tu i Mętna woda na gitarze akustycznej (na siedząco) pograł Paweł Nazimek – autor muzyki do tychże utworów, bas przejął Janek Pęczek, a Muniek znów zasiadł na taborecie. Efekt i klimat był doprawdy zniewalający.

Z nowszych rzeczy, już nie z Old Is Gold, zagrali owacyjnie przyjęte Polskie mięso, a także dwa covery z własnymi tekstami – Dookoła wieży, czyli All along the watchtower Boba Dylana oraz znakomite tekstowo Radio badziewie, czyli Radio Nowhere z repertuaru Bruce’a Springsteena, które moim zdaniem jest jednym z najlepszych coverów, jakie T.Love kiedykolwiek zaprezentował.

Nowości, nowościami, ale kiedy skończył się ich pierwszy rzut i zabrzmiała Dzikość serca wśród publiki zapanował szał. Fajnie byłoby oglądać zaangażowanych w wyśpiewywanie kolejnych wersów tekstu, ludzi, których data urodzenia jest późniejsza, niż data premiery utworu…

Z czasem wśród nowości, zaczęły pojawiać się kolejne hity, jak wyczekiwany Ajrisz, Jazz nad Wisłą, Bóg, Warszawa, Potrzebuję wczoraj. Była też wiązanka „staroci” jak Zabijanka, Autobusy i tramwaje, Wychowanie czy IV L.O..

Bisów było aż sześć: Lucy Phere, King, Stokrotka, Nie, nie, nie, I Love You, Gloria. Ten pierwszy doprawdy porusza, choć przyznam, że zakochałem się w tym numerze i doceniłem go dopiero po usłyszeniu wersji studyjnej.

W sumie koncert niemalże dwu i pół godzinny, a w secie prawie trzydzieści utworów… Myślę, że zespołowi dość dobrze udało się wyważyć setlistę (choć słuchacze dość niecierpliwi), a nowe utwory dość dobrze się w nią wkomponowały, co świadczy o tym, że zespołowi świetnie udało się przenieść do nich klimat własnej twórczości. Co jednak najważniejsze – utwory te bardzo dobrze wypadają na koncertach, a grupie udaje się przenieść na scenę ich bogate, ciekawe aranżacje. Niewątpliwie jednak te bardziej „źródłowe” numery, jak Black and Blue, Frontline, Syn marnotrawny czy Mętna woda jednak znacząco się różnią. T.Love w świetnej formie i nastrojach!