Kto: Black Label Society, Ozzy Osbourne
Gdzie: Dublin, O2 Arena
Kiedy: 03.07.2008 r.
Artykuł oryginalnie ukazał się na rockers.com.pl 02.03.2009 r.
Ciepłe, lipcowe popołudnie… Zaraz, kogo to obchodzi? Od dwóch miesięcy pół miasta żyje koncertem żywej legendy, ikony rock’n’rolla – Ozzy’ego Osbourne’a. Dzień przed występem byłem tak nakręcony, że śniło mi się, iż sam Wielki Ozzy zaprosił mnie na piwo. Tornado, gradobicie i cholerne tsunami nie byłoby w stanie zmusić mnie do rezygnacji z takiego wydarzenia. W każdym razie przygotowania do wyjścia trwały od popołudnia. Pastowanie butów, dwa piwka, ostatnie sprawdzenie biletów i można ruszać. Wpuszczają od siódmej, więc warto być na czas, żeby jakieś sensowne miejsce zająć.
Na dzień dobry miłe zaskoczenie – ochrona pracująca całkiem, jak na tutejsze warunki, sprawnie. Po wejściu szybki zwiad i już po kilku minutach udaje się znaleźć wodopój. Można zatem wprowadzić się w nastrój i przyjrzeć się publiczności. Co ciekawe, patrząc na koszulki i „naprasowywanki”, które wyglądały, jakby dołożyli je jako gratisy do porannego „Heralda” (takie nowiutkie i tak kiepsko zrobione), można było dojść do wniosku, że Ozzy to jakiś staruszek, który zagra w towarzystwie Black Label Society. Ale oto za kotarą oddzielającą halę widowiskową od budki z piwem już coś zaczyna brzdąkać. Zajrzawszy tam przekonałem się, że na Zakka i spółkę trzeba będzie jeszcze poczekać, bowiem na scenie pojawiła się jakaś lokalna kapela. Szkoda miejsca na recenzowanie ich występu. Grali krzywo i nie mogli się zdecydować, czy chcą brzmieć jak AC/DC czy jak Pink Floyd, a może jak Iron Maiden.
Na szczęście grali ledwie pół godzinki i na scenę opadła wielka kurtyna z logo BLS, a za nią zaczęli się kręcić techniczni. Z głośników ryknęło AC/DC a zbierająca się już pod sceną publiczność zaczęła coraz śmielej wrzeszczeć. Minuty dłużą się w nieskończoność, piwo leje się strumieniami, a kurtyna już ledwo się trzyma szarpana przez pijanych gówniarzy. Nagle zaczepy puszczają. Nie jest to jednak wina małolatów spod sceny, bowiem w tym samym momencie w uszy wwierca się gitarowy pisk, którego nie sposób pomylić z niczym innym. Oto Zakk Wylde we własnej osobie. Szybkie przestawienie świateł i jazda. Na początek New Religion wali między oczy z siłą King Konga (swoją drogą plucie w górę i king kongi, formowe znaki pana Wylde urozmaicały występ od pierwszej do ostatniej sekundy). Nie zdążywszy się jeszcze otrząsnąć po pierwszym utworze publiczność została zbombardowana kolejnymi. I tak po kolei poszły Been a Long Time, Suffering Overdue, Bleed For Me, Suicide Messiah, Fire It Up, Black Mass Reverends, Concrete Jungle, Stillborn i… Co jest? Dlaczego zgasło światło? I kto do cholery się…? Ja rozumiem, że koncert był świetny, ale przecież do kibla nie idzie się na drugi koniec miasta. OK, koniec występu BLS.
Godzina 21.19. Techniczni jeszcze dłubią przy wzmacniaczach, a już z głośników rozlega się krzyk I can’t fuckin’ hear you!! Po tylu latach słuchania płyt nareszcie dane mi było usłyszeć Księcia Ciemności na żywo. Chwila drażnienia publiki wśród której co bardziej pijani już dawno pomdleli i zostali tylko najwięksi twardziele (w dalszym ciągu zapach był nieznośny) i gasną światła. 21.22 – Carmina Burana i przeraźliwy ryk tysięcy gardeł. Na dobry początek Bark at the Moon. Szaleństwo. To naprawdę ten sam dziadek, który dreptał w MTV i jąkał się próbując rozgryźć jak obsługiwać pilota do video? Przecież to heavy metalowy potwór, który nie zadowoli się dziś gołębiami… za chwilę odgryzie głowę człowiekowi!! Tymczasem charakterystyczne intro wypełnia całą hale i przy wtórze wszystkich gardeł w promieniu kilometra Ozzy krzyczy Mister Crowley. Zaraz za nim Not Going Away i chwila odpoczynku dla zespołu. Muzycy mogą dostroić wiosła, a tym czasem Ozzy znów droczy się z publiką: You want some fuckin’ Black Sabbath? Po chwili War Pigs wyrywa betonową podłogę spod naszych nóg. Ale i publiczności należy się chwila wytchnienia. Zamiast machać piórami wszyscy zasłuchują się w Believer, by za chwilę wyciągnąć zapalniczki przy Road to Nowhere. To tyle jeśli chodzi o odpoczynek. Już rozlega się Suicide Solution z brawurowym popisem solowym niezmordowanego Zakka. Teraz już nie ma litości. I Don’t Know, Here For You, I Don’t Want To Change the World następują po sobie tak szybko, że nawet nie nadążamy z brawami. No ale znów trzeba nastroić wiosła, więc kolejna pogadanka do publiki, po której rozpoczyna się Mama I’m Coming Home. Na wielki finał Ozzy serwuje Crazy Train i Paranoid, po czym zapalają się światła i wszyscy z bólem uświadamiają sobie, że to już koniec. Ale przecież… no jak to tak… nie było jeszcze tylu kawałków…
Niestety po Paranoid zostało jeszcze rzucanie kostkami i z głośników znów poleciało AC/DC, a nam zostało iść do sklepu po więcej piwa i wspominać wspaniały wieczór.