Nazareth – Dublin, 10.02.2008 r.

Kto: Nazareth
Gdzie: Dublin, Button Factory
Kiedy: 10.02.2008

Artykuł oryginalnie ukazał się na rockers.com.pl 02.03.2009 r.

Godzina 21.00. Oto za kilka minut na scenę ma wejść Nazareth. Ok, nie będę twierdził, że to jeden z najważniejszych zespołów w historii, ale mimo wszystko zasłużyli się co nieco, więc taka imprezka to jednak przeżycie. Pierwsza rzecz – bar. Obowiązkowy browarek na rozgrzewkę i można rozpocząć sondowanie terenu. Zauważyłem na całej sali kilkaset osób spośród których młodsza ode mnie była tylko jakaś zbłąkana dziewczynka w kącie po drugiej stronie sali. Cała reszta była też pewnie na koncertach The Beatles. Oczywiście, skoro rock’n’roll, to zaraz trafili się ludzie chcący nawiązać nowe znajomości. Niestety nie podeszła do mnie żadna ładna dziewuszka. Trafiło się za to trzech Czechów, twierdzących, że 30 lat temu z perkusistą jednego z polskich zespołów chodzili na dziwki. Na szczęście zanim zdążyli przejść do szczegółów, zgasło światło i publiczność entuzjastycznie ryknęła.

Na scenę wyszło… trzech staruszków, a czwarty, znacznie od nich młodszy zajął miejsce za garami. No i zaczęło się. Przegląd największych hiciorów zespołu, czyli… eee… no właśnie. Kto dziś pamięta te kawałki? Kto w ogóle przypuszcza, że Nazareth, poza Love Hurts nagrało też takie rockowe killery jak Whiskey Drinkin’ Woman, Bad Bad Boy, Broken Down Angel, Morning Dew, A Day at the Beach, czy My White Bicycle. A tym czasem te i kilka innych kawałków, których tytułów już nie pomnę rozbujało publikę, tak, jak mało kto dziś potrafi. Tylko pomyśleć, czterech kolesi, najprostsze, rockowe instrumentarium, żadnych fajerwerków, żadnego maltretowania kurczaków, po prostu czysty hard rock. A jaki wspaniały kontakt z publiką.

Dan McAfferty sypał jak z rękawa anegdotkami ze swojej młodości, zapowiadając kolejne kawałki, a gdy urwało się coś przy perkusji pozostała trójka wraz z publicznością odśpiewała kilka niemieckich piosenek knajpianych. Tego się po prostu nie da opowiedzieć. Przez chwilę myślałem, że przeniosłem się w czasie do połowy lat 70-tych, kiedy takie występy były na porządku dziennym. Nawet nie zauważyłem (podejrzewam, że nikt nie zauważył) kiedy minęła niemal godzina, aż tu nagle Dan powiedział „dziękuję” i zespół zszedł ze sceny.

Nie kazali jednak zbyt długo na siebie czekać, dlatego nie zdarliśmy gardeł na tyle, by nie dało się jeszcze wywrzeszczeć wraz z zespołem Hair of the Dog i wspomnianego wcześniej Love Hurts. Po tym ostatnim jednak już zmęczenie dało o sobie znać i choć my, pod sceną próbowaliśmy się jeszcze wydzierać to zdarte gardła sprawiały, że wydobywał się z nich trochę głośniejszy szept, a i kapela już najwidoczniej miała dość. Rozrzucili kilka kostek, pałek perkusyjnych (jedną dostałem do rąk własnych) i okazało się, że trzeba się już powoli zwijać do domu (przeklęta praca na ósmą rano). Nim jednak doczłapałem do tramwaju udało mi się złapać Petera Agnew – basistę grupy, z którym udało mi się zamienić kilka słów. Ale o tym innym razem.