Black Label Society – Engines Of Demolition (2026)

3.5 out of 6 stars

Naszym zdaniem najlepsze: Name in Blood, Back to Me, Ozzy’s Song

Serwowany na sam początek albumu Name in Blood z miejsca powoduje przyspieszone bicie serca i uśmiech każdego fana ekipy Zakka Wylde’a. Dawno (od dekady?) nie słyszeliśmy na płytach Black Label Society tak znakomitej mieszanki szybkiego czadu z przebojowością, a to, czego chyba najbardziej ostatnio brakowało, to wyraźnie słyszalna tu energia, radość z grania. Ba, solówka wydaje się być manifestem rzuconym prosto w twarz niedowiarkom – wracamy do życia. No nareszcie, nareszcie! Bez problemu wybaczymy szczegół w postaci wstępu, będącego autocytatem z Phony Smiles and Fake Hellos.

Apetyty zostają porządnie rozbudzone, niestety okazuje się, że Wylde mistrzowskie danie podał na początek, a kolejne to już po prostu niezła, kaloryczna strawa na bazie zakkowej solidności i schematów, na ciut wyższym poziomie niż ostatnimi czasy. Weźmy skoczne Gatherer of Souls, przypominające wolniejszą wersję Funeral Bell czy wariację na temat Genocide Junkies. Można narzekać, natomiast znów czuć werwę i wskrzeszenie przygaszonego ognia, chociażby – w The Hand of Tomorrows Grave, Broken and Blind i The Gallows. Do mnie najbardziej przemawia kolejny numer ze zgrabną melodią wykrzyczaną przez Zakka – Broken Pieces.

Co ważne, dobrze jest też od lżejszej strony, rasowe ballady wszak zawsze były znakiem rozpoznawczym BLS. Najważniejszym punktem jest tu oczywiście wieńcząca całość – Ozzy’s Song. Nie da się ukryć, że muzycznie to patenty ogrywane przez Wylde’a do bólu, niemniej jednak wierny muzyczny skrzydłowy Osbourne’a szybko przykrywa banał serwując słuchaczom piękne, wzruszające emocje w głosie wyśpiewującym bardzo udany, adekwatny tekst. I solo… Muzykę Wylde skomponował wcześniej, nie myśląc, że stanie się hołdem dla człowieka, który go wypromował i u którego boku dzielił przez wiele lat scenę. Solo i tekst dodał później. I w ten gitarowy monolog przelał swoje uczucia, kreując jedne z najbardziej przejmujących dźwięków w karierze. Wspaniały hołd!

Do kolekcji balladowych perełek spod piór(k)a gitarzysty na pewno dopisuję też southernowe Back to Me. Ech, Zakk i tu znakomicie spisuje się i wokalnie (chwytliwy refren, ładne zwrotki), i solówkowo (znów rozdzierająco pięknie), dorzucając rozczulające frazy. Może i Better Days & Wiser Times już nie tak przebojowe, nie sposób nie ulec jednak westernowemu klimatowi i pozytywnemu przesłaniu, dającym trochę przestrzeni i oddechu po nieco męczącym już prężeniu niemal 60-letnich muskułów. Warto byłoby nieco mocniej postarać się wyjść z wyświechtanych truizmów.

Generalnie – odetchnąłem z ulgą, bo na ostatniej płycie było już doprawdy słabiutko. Wciąż daleko do impetu i jakości z początkowych lat, wracamy do poziomu Catacombs of the Black Vatican, a tam przecież dobrej nuty nie brakowało.