Nic się nie stało

Artykuł oryginalnie opublikowany na rockers.com.pl 17.06.2012

Nie tak, nie tak, nie tak… Nie tak miał wyglądać poranek po meczu z Czechami. Wszyscy obudziliśmy się skacowani, czy to moralnie czy fizycznie. Rozbudzone nadzieje i szansa, jakiej nie było od lat. Niesamowita atmosfera w kraju i wielkie oczekiwania, które wydawały się być uprawomocnione i tak bliskie stanu rzeczywistego, jak nigdy wcześniej. Niestety, nie spełniły się powtarzane jak mantra słowa Dariusza Szpakowskiego o personifikacji nadziei wszystkich Polaków. W niedzielę rano mieliśmy być dumni z naszego kraju, triumfować, świętować, korzystając z tego, że mamy wolny dzień. Jak to w studio TVP pięknie ujęto, to miała być w końcu okazja do świętowania dla pokolenia śmieciowych umów i szwajcarskich franków. A tak, cóż, znów pozostaną powtórki ujęć z lat 70. i rajdy Zbigniewa Bońka z lat 80. Ech…

Piękne mistrzostwa Europy, których właśnie jesteśmy świadkami, wielu natchnęło patriotycznie. Flagi w oknach czy przyczepione do samochodowych szyb i lusterek. Duma narodowa i szczęście. Cieszy to ogromnie. Rzadko mamy okazję się jednoczyć, żeby nie budzić kontrowersji, żeby zaraz się nie podzielić i wzajemnie nie skoczyć sobie do gardeł. Aż niemożliwe się wydaje, że to koniec. Że w poniedziałek wracamy ze spuszczonymi głowami do pracy, a kolorowe cukierki będziemy oglądać zza szyby. Po prostu to niemożliwe, że skończyło się jak zawsze… Ech… Ratujmy się muzyką, może odzyskamy humor. Ale, zaraz czy mamy czym? Co prawda rockowego hymnu na Euro się nie doczekaliśmy (może to i dobrze, rzadko kiedy taki utwór się udaje), nie było też wysypu jakichś patriotycznych rockowych numerów (za wyjątkiem Złych Psów, ale o tym innym razem). Koko spoko i do przodu. Swoją drogą, utwór został wybrany i z miejsca zaczęło się – wszędzie wokół pianie i grzmienie o wstydzie i pielęgnowaniu wizerunku polskiej cepelii. Że niby inne propozycje lepsze (przykro było patrzeć na Wilki próbujące znów wypromować przebrzmiały, słabiutki utwór)? Że niby lepiej promować się kopiowaniem zachodnich oklepanych standardów niż swojskością? Cóż, skończyło się typowo. Wszyscy odpowiadający za ten utwór się pokłócili a sympatyczne Panie odśpiewały numer kilka razy z playbacku w różnych śniadaniowych show i… tyle je widziano. Furorę za to zrobiła przeróbka w stylu na śmierć zajechanego u nas Somebody That I Used To Know Gotye.

Czy są jakieś rockowe utwory o piłce nożnej? Cóż, to bardziej domena muzyki pop. Polskie propozycje lepiej pomińmy milczeniem, żeby przypomnieć tylko twórczość Norbiego z rapowanymi wstawkami naszych ówczesnych orłów. Niewiele lepiej jest zresztą jeśli chodzi o hymn tegorocznych mistrzostw, Endless Summer zostanie zapamiętane tylko dzięki o oh oh oh o i ye ye ye ye jej na tle przyjemnego bitu, całej reszty powinno nie być. We Are The Champions? Proszę Was, czy jest bardziej zajechany utwór? Rewelacyjny, to fakt. Ale czy ktoś napisze w końcu coś na jego miarę, aby pojawiła się jakaś alternatywa? Inna rzecz, że ten numer to trochę faux pas na dzisiaj. Pomijamy też Pink Floyd i Fearless, to nie jest piosenka o futbolu, mimo że w tle przebrzmiewają fani Liverpoolu z You’ll never Walk Alone. Pozostaje słynne Song 2, wypromowane przez grę Fifa: Road to World Cup. No i Seven Nation Army, którego słynny riff z upodobaniem kibice wyśpiewują na stadionach (ostatnimi czasy przy okazji meczu Szwecja – Anglia). Czyli mamy utwory, które z piłką za wiele wspólnego nie mają, a stały się z nią kojarzone.

Mamy też sporo zagrzewaczy do boju, tak zwanych „pump up” songs (i broń Boże nie mam tu na myśli Pump it up). Do takiej roli dynamiczna muzyka rockowa wydaje się wręcz stworzona. Fan metalu, gdy myśli o piłce nożnej, z miejsca myśli o Iron Maiden. Panowie ograniczyli się jednak do obfotografowania w piłkarskim stylu we wkładce Virtual XI, kilku piłkarskich scen w klipie Holy Smoke i piosenki o kibolach – bardzo lubianej przeze mnie (czy kogoś jeszcze?) – Weekend Warrior. A w Polsce? Pomijamy niezły numer Maryli sprzed lat, zabawnego Łazukę. Ostatnimi laty z klimatów okołopiłkarskich w pamięć zapadło mi Książe życia umiera Myslovitz o niesamowitym George’u Beście. Jest i fenomenalne Mundialeiro Pudelsów, do dzisiejszej atmosfery pasujące jak ulał. Kapitalny pastisz, który w latynoskim stylu podsumowuje słynny futbol na tak i MŚ z 2002 roku. Właściwie tu trzeba by przytoczyć cały mistrzowski tekst (czapki z głów). A czy pamiętacie taki numer jak Mecz T.Love sprzed osiemnastu lat? Czyż nie udało się tu w ciekawy sposób oddać istotę piłkarskiego szaleństwa? Przy okazji, ekipa Muńka nagrała też Stadion, z teledyskiem na tle Narodowego, mimo że utwór dotyczy stadionu Legii, której Muniek jest wielkim fanem. To taki pozytywnie wibrujący utwór, mocno kojarzący się z równie imprezowym Ajrisz.

To co, pozostaje nam na dzisiaj „nic się nie stało?”. Czy to się w końcu kiedyś zmieni? Trzymajmy kciuki za siatkarzy na Olimpiadzie.