Nazareth, to prawdziwa, szczera muzyka – wywiad z Danem McCaffertym

Artykuł oryginalnie opublikowany na rockers.com.pl 17.10.2009 r.

Mimo, że zespół Nazareth przyjechał do szczecińskiego klubu Słowianin niespełna 40 minut przed swoim występem, wokalista i lider grupy – Dan McCafferty – bez problemów i z uśmiechem na ustach zgodził się na krótki wywiad jeszcze przed koncertem.
W bardzo sympatycznej atmosferze i mimo ograniczonego czasu udało mi się poruszyć większość zaplanowanych przeze mnie tematów…

MW: Jesteście po raz kolejny w Polsce, ale pierwszy raz zagracie w Szczecinie…

DM: Dzięki, jak do tej pory trasa przebiega wspaniale, wspaniała publiczność, mnóstwo młodych dzieciaków, pewnie zwinęli nagrania swoim staruszkom (śmiech).

MW: Koncertujecie bardzo intensywnie, gracie praktycznie do końca tego roku, czy po zakończeniu trasy i nabraniu sił planujecie wejście do studia i nagranie nowego materiału?

DM: Tak. Teraz mamy trasę po Polsce, potem kilka koncertów w Czechach, jeden w Niemczech, krótki odpoczynek w domu i jedziemy dalej… Rosja, Ukraina, kraje nadbałtyckie, znowu do domu… Potem szykują się kolejne koncerty, ale plany nie są jeszcze sprecyzowane… Co do nowego materiału, będzie w przyszłym roku, mamy już sporo kawałków, ale sam widzisz – nie mamy czasu żeby je nagrać (śmiech).

MW: Obyście go w końcu znaleźli, Wasz ostatni album – The Newz – bardzo mi się spodobał. Przyznam, że kiedy pierwszy raz go usłyszałem, byłem pod sporym wrażeniem, szczególnie zaskoczył mnie ciężar niektórych utworów…

DM: Wiesz, nie zrobiliśmy płyty przez długi okres czasu…

MW: Cóż fani, czekali 10 lat…

DM: Dokładnie. Nagraliśmy trzynaście piosenek, takich, co do których byliśmy jednogłośni. Takich, które podobały się Lee, Pete’owi, Jimmy’emu i mnie. To, co mnie osobiście się podoba na tej płycie, to zróżnicowanie tych numerów. Są utwory ciężkie, jak i takie, które spokojnie mogą polecieć w radiu, jak See Me czy Day at the Beach… Zrobiliśmy to dla fanów, czekali kupę czasu na nowy materiał, cały czas byli i są z nami, chcieliśmy im dać, to co mamy najlepsze, pokazać się im z różnej strony, zaprezentować różne oblicza Nazareth. Pokazać, że możemy zrobić takie numery jak właśnie Day on the Beach ale i The Gathering czy Dying Breed. Cóż, fani zasłużyli na to co najlepsze z naszej strony.

MW: Na płycie słychać, że wciąż jesteś w znakomitej formie wokalnej, czy zdradzisz swój sekret na utrzymanie głosu przez tyle lat w tak dobrej formie?

DM: Dzięki. Nie, nie mam żadnych sekretów, kompletnie się nie przejmuje moim głosem. Dla całej rzeszy wokalistów są to rzeczy ważne, wiesz hmm muszę uważać, coś mnie drapie w gardle, unikają papierosów, uważają na temperaturę, rozumiesz, tu im za zimno, tam im za ciepło. Ja się tym nie martwię. Pewnie dlatego, że nie mam żadnych problemów z głosem. Ale cóż, jeśli jutro się okaże, że nie wydobędę z siebie dźwięku, cóż… (śmiech). Póki co, po prostu cieszy mnie to, co robię.

MW: Album Hair Of The Dog był waszym największym sukcesem, zdobyliście wtedy spory rozgłos w Stanach. W tym czasie wielka trójca hard rocka – Deep Purple, Led Zeppelin, Black Sabbath wydawała się być pogrążona w kryzysie. Czy po tym sukcesie widzieliście się na ich miejscu, czy liczyliście, że już wkrótce osiągnięcie to, co oni?

DM: Nie, jakoś nie zaprzątaliśmy sobie tym głowy. Po prostu robiliśmy muzykę, nagrywaliśmy, świetnie się bawiliśmy, to wszystko. Jestem pewien, że tak samo było i w tamtych grupach. Wiesz, po prostu robisz muzykę… Ludziom się podobało – to znakomicie – to świetne uczucie że możesz komuś sprawić radość swoją muzyką. Nie podobało się – cóż, trzeba było próbować dalej (śmiech).

MW: W czasie swej kariery nagraliście wiele coverów. Ale największym sukcesem niewątpliwie było Love Hurts. Co sprawiło, że sięgnęliście po ten utwór?

DM: Przede wszystkim go uwielbialiśmy, już w wersji The Everly Brothers, ona jest mi najbliższa. A kiedy usłyszeliśmy wersję Emmylou Harris i Grama Parsonsa, stwierdziliśmy – robimy to. To była tak naprawdę pierwsza rockowa ballada, potem było ich mnóstwo, ale my to zaczęliśmy, nasza była pierwsza. Stąd pewnie sukces. Poza tym, tekst, ten utwór dotyka każdego, każdy miał przecież jakieś przykre przejścia z dziewczyną czy chłopakiem.

MW: W roku 1979 dołączył do waszego składu drugi gitarzysta, Zal Cleminson, jak do tego doszło, jakie były przesłanki tego ruchu?

DM: Zal… Grupa w której grał, Sensational Alex Harvey Band, rozpadła się. Wtedy Zal zaczął jeździć taksówką, a kiedy się o tym dowiedzieliśmy, stwierdziliśmy, nieee, gość jest na to za dobry. Więc wzięliśmy go do kapeli, grał z nami parę lat… Potem bez większych sukcesów próbował coś z własnymi kapelami, w końcu stał się wolnym strzelcem, grał na trasach z różnymi ludźmi, nagrywał. Był takim trochę dziwnym gościem, ale nie zrozum mnie źle, to świetny facet.

MW: W latach 80. koncertowaliście w Polsce z grupą TSA. Czy to prawda, że tak spodobały się wam ich utwory, że kupiliście do nich prawa i chcieliście nagrać ich własne wersje?

DM: Nie, nie. Nie kupowaliśmy żadnych praw. Po prostu próbowaliśmy zrobić jeden z ich numerów. Ale… Wiesz, słowa pasowały świetnie do muzyki, do tego miały sens w ówczesnej Polsce, ale dla nas były niezrozumiałe. Czuliśmy, że pisanie własnych słów nie ma większego sensu, tamte były nierozerwalnie związane z tą muzyką, wiesz to były bardzo polityczne czasy. Także niestety, nic z tego nie wyszło. Ale, to świetni ludzie, znakomita kapela.

MW: Znalazłem w Internecie informację, iż Axl Rose poprosił was, abyście zagrali na jego weselu, czy to prawda?

DM: Tak, dokładnie tak było.

MW: Ale odrzuciliście tę propozycję?

DM: Nie, akurat mieliśmy trasę po Europie. Inaczej zrobilibyśmy to. A zanim skończyliśmy trasę, już było po małżeństwie (śmiech). O ile dobrze pamiętam, to był ślub z córką Dona Everly’ego, małżeństwo które niestety długo nie przetrwało.

MW: Chciałbym zapytać o wasze inspiracje. Czego słuchaliście, kiedy zaczynaliście? Czy i dla was najważniejsi byli The Beatles?

DM: Nie, graliśmy już, zanim przyszła popularność Beatlesów. Główną inspiracją był dla nas soul. Takie grupy jak Sam And Dave, Bob & Earl, The Temptations.

MW: A co inspiruje was teraz ?

DM: Słucham mnóstwo muzyki. Ostatnio Kings Of Leon, tego typu grupy, mnóstwo tego. Poza tym mój syn jest z nami w trasie, on uwielbia heavy metal, więc słuchamy jakichś rzeczy z tego kręgu. Pig Destroyer, Lamb Of God. Ci goście to znakomici muzyki. Wiesz, są dwa rodzaje muzyki: dobra muzyka i zła muzyka.

MW: Nie sposób się nie zgodzić… Nazareth na pewno można zaliczyć do tej dobrej, zwłaszcza że jest na scenie już od 40-lat, niewiele grup może pochwalić się takim stażem…

DM: Eeee, jest ich mnóstwo, w rzeczywistości jest ich znacznie więcej niż myślisz.

MW: Może i tak, ale ile cieszy się taką popularnością, jaką wy wciąż możecie się pochwalić…

DM: Może…

MW: W każdym razie, 40 lat na scenie, ponad 20 płyt, tymczasem przed koncertem wszędzie czytam zapowiedzi Dziś zagra Nazareth, zespół który nagrał Love Hurts i Hair of the Dog. W jednej z gazet można było przeczytać, że wasz największy hit to… Rock Hurts

DM: Cóż, generalnie gazety, czy to codzienne, czy muzyczne – to gazety. Te utwory, to jest wszystko, co pamiętają dziennikarze. Ale czym tu się przejmować. Są fani, oni wiedzą co jest grane. Wciąż mamy w sobie sporo kreatywności. Nagrywamy piosenki, podobają nam się – nagrywamy. Nie podobają się – zapominamy. Mamy gdzieś modę, robimy to co czujemy. To co robimy, to jest prawdziwa, szczera muzyka.

MW: Dziękuję za rozmowę, życzę udanego występu i kolejnych znakomitych płyt.

DM: Wielkie dzięki.