Artykuł oryginalnie opublikowany na rockers.com.pl 21.09.2009 r.
Z Markiem Piekarczykiem – wokalistą TSA – tuż przed występem zespołu na koncercie z okazji 40-lecia szczecińskiego klubu Słowianin rozmawiał Maciej Wilmiński.
MW: Dziś gracie wyjątkowy koncert – 40 lecie najsłynniejszego rockowego klubu w Szczecinie – Słowianina, występujecie obok Olympic, SBB, Omegi z łatką legendy polskiego rocka, tak też traktuje was zgromadzona tu publiczność. Jak się czujecie ze statusem legend?
MP: Jakoś tego nie czujemy, że jesteśmy legendą… Po prostu dla nas to jest nasza codzienność, nasza praca, nasza pasja, nasza miłość. Po prostu gramy i już.
MW: To jaką różnicę czujecie grając po reaktywacji, w stosunku do Waszych początków? Jak Wy się zmieniliście?
MP: Wtedy byliśmy trochę oszołomieni tym wszystkim. To był taki obwoźny cyrk, że tak można powiedzieć. Wożono nas, graliśmy 350 koncertów rocznie albo i nawet więcej. Rekord to 56 koncertów miesięczne, w wakacje. I to było szaleństwo, to było straszne. Nie wiem jak żeśmy to wytrzymali i nie zaćpali się albo nie zachlali na śmierć. Żyjemy wszyscy i powiem ci, to była duża doza szaleństwa… Teraz jesteśmy świadomymi muzykami, doceniamy to co zrobiliśmy kiedyś, bardzo patrzymy na to tak nawet z podziwem dla samych siebie – jak my mogliśmy to zrobić (śmiech). Te piosenki, które gramy teraz, też się tak zastanawiamy – jak to się stało, że potrafiliśmy robić takie kompozycje kiedyś, teksty i to wykonywać. Ja mam na przykład trochę problemów z tym materiałem teraz – uważam, że na dzień dobry postawiłem za wysoko poprzeczkę… Ale to, że kocham to i że rzeczywiście śpiewam to, co czuję pomaga mi nie stracić głosu przy tej muzyce. Bo to są strasznie wysokie partie, bardzo energetyczne, wymagające niesamowitej siły i determinacji. I zdrowia przede wszystkim…
MW: Jak wyglądają obecne plany zespołu. Widziałem, że do końca roku sporo koncertujecie, ale czy szykuje się jakiś nowy materiał, czy są plany wejścia do studia, a może już macie gotowe jakieś nowe numery?
MP: Jest trochę piosenek, ale zobaczymy… Są w zespole różne tendencje sprzeczne. To jest zespół pięciu ludzi, którzy są wolni i grają na zasadzie dobrowolności. I nie ma takiej możliwości, żebyśmy grali bez jednego z nas. I to jednak ma wadę, ponieważ nie ma tu kogoś, kto powie: Panowie, nagrywamy płytę i nie ma dyskusji. Albo: Robimy piosenki, spotykamy się na próbach. Nie, to musi być wolna wola. Ale też zaletą jest, że jest to zespół ludzi wolnych i nie robimy nic na siłę, czyli nie wypuścimy gniota, bo musimy. Żaden wydawca nas nie namówił na, powiedzmy, dwie płyty rocznie, albo na kontrakt typu: w ciągu najbliższych pięciu lat nagracie trzy płyty.
MW: Czyli w tej chwili nie jesteście związani żadnym kontraktem płytowym?
MP: Nie. Właśnie nam wygasł ostatni… Metalmind próbował nas nakłonić do podpisania takiej umowy zobowiązującej nas do jakichś następnych płyt, ale my nie podpisaliśmy nic takiego. A teraz jesteśmy wolni, możemy robić co chcemy.
MW: Okazjonalnie gracie też koncerty akustyczne, na waszej stronie internetowej można przeczytać, że są plany, aby powstała płyta z zapisem takiego występu…
MP: Ciężko, nie ma pieniędzy na to, a nie chcemy zrobić tego byle jak. Może w przyszłym roku coś wymyślimy. W tym roku zanosi się tylko na dwa koncerty akustyczne. Gramy w specjalnym miejscach, nie gramy w knajpach, barach, bo tak się po prostu nie da – nie ma skupienia, nie ma atmosfery. Teatry, domy kultury, kina – tego typu miejsca. Wkrótce właśnie gramy w Poznaniu w kinie Apollo, a potem prawdopodobnie w Siemianowicach.
MW: Czy na tych koncertach prezentujecie jakieś nowe numery, czy mamy do czynienia „tylko” z akustycznymi wersjami waszych starych utworów?
MP: Akustyczne koncerty charakteryzują się tym, że mamy bardzo żartobliwe podejście do samych siebie. I te utwory wszystkie są naprawdę twórczo potraktowane. Może trzy, cztery są podobne, chociaż mają inny rytm, inny drive. Dużo jest autoparodii, gdzie nabijamy się z samych siebie.
MW: A gracie z jakimś specyficznym instrumentarium, stosujecie jakieś wyszukane aranżacje czy trzymacie się rockowego zestawu?
MP: Mamy swoje gitary akustyczne, specjalne wzmacniacze do nich. Marek Kapłon ma specjalny zestaw, wcale nie mniejszy niż standardowy, jest tam dużo innych dziwnych bębenków. A ja jak zwykle stoję przed mikrofonem.
MW: Na twojej stronie internetowej znalazłem informację, że wydajesz solowy album – przyznam, że zaskoczyła mnie ta informacja. Mógłbyś opowiedzieć coś więcej o tym albumie, jakiego typu muzyki możemy się spodziewać, kto na niej zagra…
MP: Płyta została nagrana w kwietniu, także jest już skończona. Wakacje mnie zatrzymały troszkę i urodzenie mojego synka. Zresztą w wakacje się nie wydaje płyt. Wyjdzie 24 października, jej tytuł to Źródło. Ja bardzo lubię tę płytę – jest tam trzynaście piosenek.
MW: Jaki rodzaj muzyki na niej usłyszymy? Czy będą to klimaty bliskie TSA, czy coś zupełnie innego?
MP: Rockandroll, bardzo dobry. Na pewno nie jest to TSA. Ale słychać tam to, że jestem człowiekiem, który lubi rockandrolla, czyli dużo gitar jest. Nie chcę tego klasyfikować w żaden sposób. Jest to płyta, nad którą pracowałem dwa lata. Nie ma tam ani jednej mojej kompozycji, ani jednego tekstu. Wychodzę z założenia, że zamiast udawać, że jestem kompozytorem, wolę zaśpiewać porządne piosenki, które są świetne, ale jakby niedoceniane.
MW: Czy były to kompozycje pisane specjalnie pod ciebie, z myślą o tym albumie?
MP: Nie, są to utwory znalezione przeze mnie. Utwory, których nikt nie słucha, nikt nie docenia. To jest nowe życie tych piosenek. Nie będę się chwalił, ale zrobiłem im poważną reanimację i nabrały blasku, są współczesne… Poza tym miałem możliwość zaśpiewać inaczej niż zawsze, na różne sposoby, śpiewałem jak mi się podobało, tak jak tego wymagała piosenka… Płyta ma czterech producentów, była nagrywana w pięciu studiach w Polsce w miastach takich, jak Wejherowo, Olsztyn, Warszawa, Piaseczno, Tarnów, Gdańsk… Zagrała tu czołówka młodych instrumentalistów… Ta płyta powstawała trochę w bólach, koncepcje były czasami sprzeczne. Ale była robiona w bardzo nowoczesny sposób, dlatego w tylu studiach. Czyli kontakt przez internet, konsultacje, ja nagrywałem wokale w innym studio, w innym były robione podkłady i tak dalej. O płycie będzie dość głośno, mam dosyć dobrą promocję. Wydaje ją „T1-Teraz” – niezależny wydawca, dystrybutorem będzie „Fonografika”. Mam świetnych promotorów, którzy pilnują żeby to było nagłośnione. W przyszłym tygodniu mam dwie sesje fotograficzne, wkrótce też pierwszy teledysk, a będą w sumie trzy. Mam nadzieję, że płyta ta będzie czymś, czego ludzie lubią słuchać. Niczego nie chcę udowadniać na swój temat. To płyta, która nie jest pozbywaniem się kompleksów, nie jest nadymaniem się. Jest po prostu rzetelnym podejściem do rockandrolla, do historii polskiego rocka. I jakby płyta ta ma udowodnić, że w tym kraju jest bardzo dużo bardzo zdolnych artystów, których się nie doceniało i nie docenia. I to obrałem jako główne zadanie… oraz to, że nieprawdą jest, że polski rockandroll był kolaborantem komunistów, że nie było w nim buntu, a przecież jest bunt, przekora i ironia i uśmiech i łza się zakręci w oku też. Są piękne ballady… Naprawdę z czystym sumieniem polecam.
MW: Planujesz też jakieś koncerty z tym materiałem?
MP: Tak jest – zespół to, jak mówiłem, młodzi muzycy z dobrych zespołów. Trasa pierwotnie miała być w listopadzie i prawdopodobnie będzie, ale nie chcę robić na siłę. Zobaczymy.
MW: Wracając do TSA, jak oceniasz wasz ostatni album Proceder. Płyta została przyjęta znakomicie, jak ty odbierasz ją po pięciu latach?
MP: Znakomita płyta, oceniam ją bardzo dobrze. Płyta marzeń. Świetnie brzmiąca przede wszystkim, absolutnie. To album, na którym zaśpiewałem do tej pory najlepiej w życiu, z wszystkich płyt TSA. Chociaż tam niektórzy malkontenci gadają, że bzdury, ale jest to naprawdę dobra płyta. Nie słyszałem w ogóle takiego brzmienia, wszystkie pieniądze włożyliśmy w brzmienie. Nagraliśmy płytę w tydzień, a dwa miesiące pracowaliśmy nad brzmieniem…
MW: Tym bardziej fani są zniecierpliwieni i liczą na nowy materiał…
MP: No, tak jak mówiłem, jest z tym kłopot troszeczkę. Ale myślę, że moja płyta solowa bardzo pomoże w tym, żeby ukazała się nowa płyta TSA. Dlatego, że może być iskrą, jakby bodźcem do spotkania się na próbach.
MW: Przejdźmy do początków waszej kariery. Czy nie ma w was przeświadczenia, że gdyby nie komuna bylibyście międzynarodową gwiazdą, że ten system zniszczył już na starcie wasze wszelkie szanse na sukces?
MP: Wystarczy się urodzić w Polsce, żeby nie mieć szans, żadnych szans. Polak ma zawsze przerąbane, Polak jest czarnuchem Europy i świata. Polacy ciężko pracują, ale nie są za to szanowani. A byle jaki Szwed ma więcej szans niż Polak. Dlatego, że w Polsce nie ma prawdziwego biznesu i szołbiznesu. Dlatego, że nikt nie inwestuje w polską muzykę. Tak jak na świecie jest, że biznesmeni inwestują, banki pożyczają pieniądze na przedsięwzięcia, na płyty. To są prawdziwe przedsięwzięcia biznesowe, z oceną sukcesu i zyskowności, u nas tego nie ma, totalna partyzantka. Chociaż jest duży rynek, duży kraj, to jest to kraj marnotrawstwa, marnotrawstwa pieniędzy, bo ten kraj nie stać na utrzymanie na dobrym poziomie swoich artystów, ale stać na wydawanie milionów na jakieś przeciętne gwiazdy z zachodu. Polska właśnie z tego słynie, że byle kto przyjedzie i dostaje straszne pieniądze.
MW: W Twoich słowach jest sporo goryczy…
MP: Nie, nie, to ironia.
MW: Ironia z dużą dawką goryczy… To jak – jest w tobie żal, że to się potoczyło tak, a nie inaczej?
MP: Nie, nie mam żadnego żalu. Wszystko miało być tak, jak jest. Gadanie co by było gdyby było jest dla głupców. Nie można mówić, że się żałuje czy nie. Bo trzeba sobie zadać pytanie – czy celem artysty, muzyka jest zrobienie kariery światowej. Może byśmy byli bogaci, może byłoby nędznie…
MW: A może bylibyście bogaci, ale nieszczęśliwi…
MP: No właśnie… A chodzi przede wszystkim o to, jaką cenę płaci się za to wszystko. Jaką cenę zapłacił Rysiek Riedel za te trasy wszystkie Dżemu. Jaką cenę zapłacił Rysiek Skibiński za 3 koncerty dziennie z Kasą Chorych. Jaką cenę zapłacili inni ludzie, którzy umarli z powodu alkoholizmu albo narkomanii. To nie wynika z tego, że ktoś jest słaby albo bardzo głupi. To wynika z tego, że jest bardzo źle. Ten zawód niszczy tych najwrażliwszych. Ja nie mówię, że nie jestem wrażliwy, ale miałem szczęście, bo nie debiutowałem jako 30-letni mężczyzna, byłem ukształtowany. Już miałem swoje podejście do alkoholu, narkotyków. Już byłem z daleka od tego wszystkiego, zresztą nigdy nie byłem blisko. Ale byłem jakby zatwardziałym, niepijącym, niećpającym gościem. Do dzisiaj nie chleję, nie używam niczego i dlatego się dobrze czuję, jestem zdrowy i mogę śpiewać do dzisiaj. Mogę spojrzeć wielu ludziom w oczy. Nie wykończyły mnie te wszystkie trasy… Bo wokaliści niestety są w najgorszej sytuacji. Gitarzyście urwie się struna, spali wzmacniacz, to sobie wymieni, a tu…
MW: Głos jest tylko jeden, a partie do śpiewania nie stają się wcale niższe…
MP: No właśnie. I niestety jest dużo niebezpieczeństw, porażenia prądem, uderzenie jakimś przedmiotem ze strony publiczności, różne historie, poranienie gitarą też miałem nieraz, przez gitarzystów którzy latają po scenie jak wariaci. Krew się lała na mnie strasznie, już parę razy (śmiech).
MW: Na koniec chciałbym zapytać jeszcze o jeden z waszych najbardziej kultowych numerów – Marsz Wilków z filmu Akademia Pana Kleksa. Jak w ogóle doszło do powstania tego utworu?
MP: Zostaliśmy zaproszeni przez Gradowskiego (Krzysztof Gradowski, reżyser filmu – dop. M.W.), to jego tekst przecież. To była jedyna piosenka, której nie zrobił Korzyński, obciach filmowej muzyki. I dlatego ta piosenka nie znalazła się na płycie z soundtrackiem. Nie widzieliśmy tego fragmentu, właściwie z marszu z trasy wpadliśmy do studia… Gość powiedział ma być marsz wilków, czarny jak cholera, tu wiesz, idą tacy ZOMO-wcy i palą wsie. Pamiętam, że w nocy między jednym a drugim koncertem to nagraliśmy. Pierwsza taśma zginęła i musieliśmy drugi raz do tego wrócić. A pierwsze nagranie było najlepsze. Pamiętam, że wymyśliłem wtedy… pamiętasz ten refren „hejże wilki, hejże hola”.
MW: Pewnie!
MP: Normalnie refren śpiewają chóry, a ja wpadłem na inny pomysł, odwróciłem całość – zwrotkę śpiewa chór, a refren śpiewa jeden wilk i wybrnąłem jakoś z tego (śmiech).
MW: Efekt rewelacyjny, niejedno dziecko nie mogło spać po nocach…
MP: No i moja najlepsza zabawa, że wreszcie mogłem sobie powkładać takie różne efekty, strzały, wybuchy, to wszystko ja (śmiech).
MW: Wielkie dzięki za rozmowę
MP: Również dziękuję.