Artykuł oryginalnie opublikowany na rockers.com.pl 25.04.2009 r.
Z Burke Shelleyem – wokalistą Budgie – rozmawiają Maciej Wilmiński i Hubert Kwintal. Współpraca – Paweł Tkaczyk.
Dziękujemy panu Nickowi Saczko za pomoc w zorganizowaniu wywiadu.
Do pokoju hotelowego Burke’a Shelleya dodzwoniliśmy się ze sporymi problemami. Najpierw przez ładnych kilkanaście minut linia była zajęta (jak później wyjaśnił sam artysta, on sam był za to odpowiedzialny – do jego telefonu nie był podłączony kabel), a następnie Pani z recepcji powiedziała nam, że „ten Pan wyszedł na zewnątrz”, co na szczęście okazało się nieprawdą. Burke przyjął nas bardzo sympatycznie i był niezwykle rozmowny, wyczerpująco i ciekawie odpowiadając na każde z pytań, także sama rozmowa przebiegła w bardzo miłej i dosyć dowcipnej atmosferze. Zapraszamy do lektury.
Rockers.com.pl: Witaj, z tej strony Maciej i Hubert z portalu rockers.com.pl…
Burke Shelley: A tak, przepraszam, że musieliście czekać. Próbowaliście dzwonić wcześniej?
R: Tak, ale linia była zajęta…
BS: Nie, nie była. Po prostu nie była podłączona do mojego pokoju. Ale już możemy zaczynać.
R: Cieszymy się widząc Budgie znowu w Polsce…
BS: Dziękuję bardzo (tu artysta użył także polskiego słowa „dziękuję”).
R: …zwłaszcza, że tym razem gracie sporą trasę zahaczającą w końcu o miasta dotychczas nieodwiedzane, jak Szczecin. Jak wypadł pierwszy koncert w Zielonej Górze? Jak spisywała się publiczność?
BS: Przede wszystkim koncert był wyprzedany. Miejsce było świetne i wspaniale się wszyscy bawiliśmy.
R: A widać na widowni jakieś nowe twarze, nową generację fanów czy przychodzą raczej weterani?
BS: Przepraszam, ale nie jestem w stanie zapamiętać wszystkich twarzy na widowni (śmiech). To co mogę powiedzieć to, że klub był wypełniony po brzegi, a publiczność była wspaniała.
R: Minęło już trochę czasu od waszych największych sukcesów, ale ciągle jesteście muzycznie aktywni, w bardzo dobrej formie. Czy to już jest granie wyłącznie dla przyjemności, czy też uraczycie jeszcze fanów nowym materiałem?
BS: Nie, no przede wszystkim gram dla przyjemności, jak każdy muzyk. Ale planujemy jeszcze nagrać kilka albumów. Teraz mamy na pokładzie Craiga Goldy. To wspaniały facet. Świetnie nam się współpracuje i mam nadzieję, że póki jest z nami, uda się nagrać płytę w tym składzie, ale nie wiemy jak długo u nas pozostanie…
R: Cóż, Ronnie Dio wydaje się mieć jeszcze sporo roboty z Heaven And Hell…
BS: Bardzo dobrze, bardzo dobrze (śmiech). Im dłużej jest zajęty, tym my dłużej możemy trzymać jego gitarzystę i mieć więcej czasu na nagrywanie. Craig ma swoje zobowiązania, jak Ronnie skończy z Heaven and Hell będa pracować nad materiałem dla Dio… Craig to nie tylko świetny gitarzysta, ale i super gość, także dzięki Ronniemu za wypożyczenie go nam (śmiech). Mam nadzieję, że uda nam się wspólnie coś nagrać.
R: A macie już jakieś pomysły na nowe kawałki, czy to tylko ogólne plany?
BS: Mamy całkiem sporo pomysłów. Ja tam coś ponagrywałem, Craig też wpadł któregoś razu do mojego studia i podrzucił parę swoich numerów. Wiecie, sprawę utrudnia trochę fakt, że on mieszka w Los Angeles, ale nie poddajemy się i cały czas pracujemy. Jak skończymy trasę to spróbujemy usiąść i posklejać to co już mamy, a jest tego tyle, że starczy na kilka płyt. Z pewnością wydamy jeszcze trochę materiału.
R: To może teraz wróćmy do waszej ostatniej płyty You’re All Living In the Cuckooland. Minęły już ponad dwa lata od jej wydania, według nas był to znakomity powrót na scenę, a jak Ty z takiej perspektywy czasu ją oceniasz?
BS: Ciągle ją lubię, jesteśmy z niej bardzo zadowoleni. To fajna płyta. Co ważne, pierwszy raz miałem pełną kontrolę nad jej powstawaniem. Nie tylko przy pisaniu i opracowywaniu utworów, ale też podczas nagrywania – trzymałem palce na wszystkich guzikach. Razem z producentem osiągnęliśmy dokładnie takie brzmienie o jakie mi chodziło. Nawet przy wyborze okładki miałem wolną rękę i mogłem wybrać taką która mi najbardziej odpowiadała. Także, rewelacja. Poza tym od czasu naszych ostatnich nagrań technika poszła naprzód rozszerzając znacznie gamę dźwięków, których mogliśmy tam użyć. Wiecie, wiele kapel, nawet młodych korzysta z tych możliwości tak trochę nieśmiało. Że to niby mało rockowe. Ja nie mam takich oporów (śmiech). I już nie mogę się doczekać nagrywania nowego albumu.
R: A wasz ówczesny gitarzysta, Simon Lees? Czemu wasze drogi się rozeszły?
BS: Simon Lees? Po prostu miał inne rzeczy do roboty. To nie było tak, że się pokłóciliśmy, czy coś. On miał swoje plany, swoje zobowiązania, za bardzo nie mógł jechać z nami w trasę. Wciąż jesteśmy w kontakcie, niedawno z nim rozmawiałem. Wiecie jak to jest, kiedy jest się młodym, ma się te 19-20 lat, nie ma się żadnych zobowiązań, żadnej odpowiedzialności więc można robić co się chce, ale potem to jest coraz trudniejsze.
R: Tak, wiemy. Sami niedawno byliśmy młodzi (śmiech).
BS: (Śmiech) No właśnie.
R: A wracając do nowych dźwięków, na albumie Deliver Us From Evil pojawiły się dość nietypowe jak na Budgie dźwięki elektroniczne. Czy był to celowy zabieg, czy też po prostu podążyliście za trendem typowym dla wczesnych lat 80-tych? I czy to prawda, że chcesz nagrać album elektroniczny?
BS: W sumie nie sądzę, żeby te dźwięki były aż tak nietypowe. Ale fakt, że chcę nagrać coś bardziej elektronicznego. Ale to chcę zrobić raczej na własną rękę, uważam, że Budgie powinno zachować raczej swój rockowy wizerunek. Chociaż kto wie. Mam sporo takiego dziwnego materiału, może coś z tego trafi na kolejne albumy zespołu, o ile uda się to jakoś tak rockowo zaaranżować, jeśli reszcie kapeli się to spodoba. A może uznają mnie za szaleńca (śmiech). Wtedy będę musiał pokombinować z tym coś innego. Wiecie jak jest, każdy gitarzysta wie jak chce brzmieć… Budgie to jednak typowo rockowa kapela, w której muzyce dominują riffy, gitara. Na takich klimatach teraz się skupiam, ale gdzieś tam w głębi serca chciałbym nagrać coś innego, poeksperymentować z różnymi brzmieniami, pobawić się nowinkami technologicznymi. Sporo potencjału jest nawet w perkusji, można uzyskiwać z niej różne nietypowe brzmienia, dodać trochę elektroniki, robić różne dziwne rzeczy… W każdym razie, najpierw chciałbym, aby powstała nowa płyta Budgie.
R: Czyli powinniśmy się spodziewać, że poza albumami Budgie nagrasz jeszcze solowy, elektroniczny materiał?
BS: Kto wie, może się uda, a jak nie to zajmę się konstruowaniem dzwonków do drzwi, dla każdego. To w końcu też elektronika, po naciśnięciu dzwonka każdy usłyszy przerażającą elektroniczną muzykę (śmiech).
R: Pozostańmy przy nietypowych dźwiękach. Po 1982 roku pokazywaliście się dość rzadko, natomiast na składance Ecstasy Of Fumbling z 1988 roku pojawił się premierowy numer Beautiful Lies. To bardzo udana ballada, ale też zagrana w dość nietypowym jak na was stylu. Czy mógłbyś opowiedzieć coś więcej na temat jej powstania? Czy powstało wtedy więcej materiału?
BS: Tak, mam sporo materiału z tamtego okresu, powstało wtedy kilka utworów. Nie jestem pewny, czy zostaną kiedykolwiek wydane, czy chce żeby ujrzały światło dzienne. Tamten numer wstawiłem na płytę, bo napisałem go z bliskim przyjacielem z Walii, który był gitarzystą i który zginął tragicznie w pożarze… To jeden z powodów dla którego chciałem, aby został wydany. Mam do tego utworu spory sentyment. Generalnie zalega u mnie sporo kawałków, które napisałem, a potem odrzuciłem bo nie pasowały do tego co gra Budgie. A jeśli chodzi o treść Beautiful Lies, to jest to numer o pięknej kobiecie, którą kiedyś znałem (śmiech), ale nie tylko. Tu jest taka paralela w tytule, bo te piękne kłamstwa może wciskać ci nie tylko dziewczyna ale też świat. To świat zwodzi cię obiecując w kółko różne fajne rzeczy, które okazują się złe. Wiecie w czym rzecz? Co chwila ktoś Wam mówi, że coś jest wspaniałe, a potem okazuje się, że niezupełnie jest to dobre dla was (śmiech).
R: Tak, tak wiemy w czym rzecz (śmiech). Czy mógłbyś zatem powiedzieć nam skąd czerpiesz, natchnienie, inspiracje do tworzenia utworów. Wiemy, że zawsze byłeś fanem The Beatles, czy ciągle ich muzyka stanowi dla Ciebie inspirację, czy może są to jakieś inne dźwięki.
BS: Cóż, The Beatles dali mi podstawy. Zresztą myślę, nie tylko mnie. To dzięki nim w ogóle zainteresowałem się muzyką. Jeszcze zanim nauczyłem się grać już wymyślałem sobie w domu nie tylko piosenki, ale całe płyty z tytułami, okładkami i całą resztą. To była świetna zabawa (śmiech). Co tydzień wymyślałem nowy album…
R: To zupełnie jak my (śmiech)…
BS: (Śmiech) Tak, wiecie, o czym mówię. Cóż… Beatlesi to była taka podstawa, potem cały ten boom bluesowy z lat 60-tych, jak John Mayall and The Bluesbreakers, Peter Green, Eric Clapton, Cream, Jeff Beck… Muzyka trochę się zmieniła, kiedy posłuchamy właśnie Cream czy Spooky Tooth, które szczególnie lubiłem, za Cream jakoś nie szalałem.. A potem sami zaczęliśmy grać i wyrzucali nas z klubów bo byliśmy za głośni (śmiech). No i nadeszła w końcu era Led Zeppelin i wszystko się zmieniło, można powiedzieć że dla mnie był to przełom. Pomogli nam się zdefiniować, odrzucić wszelkie obawy… Okazało się, że można śpiewać wysoko. Wcześniej próbowałem podrabiać Paula McCartneya, tego jak śpiewa Long Tall Sally, ale dzięki Zeppelinom nie tylko ja, ale wielu wokalistów odważyło się śpiewać w górnych rejestrach. No to zaczęliśmy grać w ten sposób i kiedy wydaliśmy pierwszy album, już w tym stylu, okazało się, że to już nie hard rock, tylko heavy metal… Natomiast teraz, od jakichś 15-20 lat moją główną inspiracją jest Jezus. Czytam Biblię i czerpię z niej mnóstwo inspiracji, te wszystkie złote myśli… One skłaniają do przemyśleń na temat tych wszystkich „pięknych kłamstw (śmiech)”. Nawet tytuł ostatniej płyty You’re All Living In The Cuckooland można przetłumaczyć tak, że żyjemy w zwariowanym świecie. Chciałbym pokazać to ludziom, te wszystkie idee staram się jakoś przemycić w tekstach zwykłych rockowych kawałków.
R: Ok, to pozostańmy przy inspiracjach. Wiemy już co inspiruje Ciebie, a jak się czujesz ze świadomością, że Twoja muzyka, muzyka Budgie, zainspirowała wielu młodszych muzyków z Metalliką na czele. I czy nie żałujesz, że nigdy nie zdobyliście takiej sławy na jaką – przynajmniej naszym zdaniem – zasłużyliście?
BS: Ja wiem, czy jest czego żałować? Od lat robię to co lubię – kocham muzykę, nieźle na tym zarabiam, w dodatku spotykam się z sympatią publiczności. Jakoś nie czułem nigdy takiego głodu sławy. Niczego mi tak naprawdę nie brakuje, nie odczuwam niedosytu. Ta pozycja, którą osiągnąłem jest naprawdę satysfakcjonująca.
R: No to wróćmy do lat 80-tych. Jako fani Ozzy’ego Osbourne’a musimy o to zapytać. Na początku lat 80-tych zagraliście dwie trasy z Ozzym. Masz z nich jakieś szczególne wspomnienia?
BS: Och, Ozzy, taaak. Ozzy to miły gość. Trochę zwariowany – taki ma image, ale w sumie jest w porządku. Nasz ówczesny gitarzysta, John Thomas, pochodził z Birmingham i jest jego kumplem. Tak się jakoś zgadało, że Ozzy szukał supportu, a John nawinął mu się pod rękę i tak od słowa do słowa poprosił o jakieś nasze nagrania. Spodobało mu się i zabrał nas w trasę. W sumie Ozzy to fajny facet. On ma tak jakby dwie natury. Dla publiczności jest szalonym showmanem, ale to chyba każdy muzyk rockowy ma coś takiego…
R: Czyli kolejne „piękne kłamstwo”?
BS: Dokładnie tak (śmiech). Z jednej strony Ozzy to szaleniec, mistrz wygłupów, sceniczna bestia. A prywatnie to miły, w sumie spokojny i całkiem normalny koleś.
R: Ok… Nagrałeś nową wersję Rolling Home Again z Tonym Bourge’em na gitarze z okazji reedycji waszych pierwszych dwóch płyt. Jak to było zagrać znów razem po 25 latach? Czy planujecie nagranie czegoś jeszcze?
BS: Tony Bourge to mój bliski przyjaciel, świetny gość, każdemu życzę takiego przyjaciela. Grało nam się świetnie, ale to jednorazowe wydarzenie. Wzięło się to stąd, że wytwórnia zażyczyła sobie jakiegoś bonusowego kawałka, a, że Tony mieszka niedaleko mnie i często się widujemy to któregoś razu zapytałem, czy nie miał by ochoty na takie nagranie. Zgodził się, ale on teraz ma swoje życie,rodzinę, swoją firmę, swoje zobowiązania. Ciągle jesteśmy przyjaciółmi, ale raczej już niczego razem nie nagramy.
R: Czas na ostatnie pytanie. Pewnie słyszałeś je milion razy, ale my jeszcze nie mieliśmy okazji go zadać (śmiech). Skąd pomysł, żeby nazwać zespół Budgie (z ang. papużka falista – przyp. red.)? To dość nietypowa nazwa dla heavy metalowej kapeli.
BS: Na początku nazywaliśmy się Six Tons Budgie (sześciotonowa papuga – przyp. red.), ale potem skróciłem tę nazwę, żeby było zabawniej. No w końcu z czym się kojarzy papużka falista? Z babcią, która siedzi sobie w domku, w ciszy i spokoju, karmi swojego pupillka,ti, ti, ti, ti no taka sielanka. A tymczasem my chcieliśmy być dokładnym przeciwieństwem takiego klimatu. To miała być taka typowa, brytyjska ironia, ale jakoś tak nie wyszło. Po pierwsze mało kto załapał dowcip. Po drugie, poza Wielką Brytanią mało kto wie co to w ogóle jest budgie. Nawet w Australii, z której te zwierzęta pochodzą pytano nas ej, koleś, co to do diabła jest to budgie?. Ja myślałem, że oni żartują. Mówię im: przecież to takie ptaki, które z waszego kraju pochodzą (śmiech). Wtedy dopiero załapywali o co chodzi. To samo było w Stanach. Tam, też pytali co to znaczy budgie i dopiero po dłuższym tłumaczeniu, że ptaszki, że babcie, że to, że tamto łapali aaa to taka mała papuga. Co ciekawe, nigdy tego problemu nie mieliśmy w Polsce. Tu niby nie mówi się po angielsku, ale każdy wiedział zawsze co oznacza nasza nazwa.
R: Nic dziwnego. U nas zawsze byliście sporą gwiazdą…
BS: Tak mówicie? No może i racja. Poza tym chyba mamy podobne poczucie humoru, ja mam takie w starym stylu. Zresztą nie tylko ja w tej kapeli jestem takim wesołkiem. Steve i Craig też nieźle dają czadu. Czasem nawet żartujemy, że powinniśmy się przekwalifikować z kapeli na cyrk i występować jako klauni w wielkich butach i z czerwonymi nosami (śmiech).
R: Ok, dziękujemy za wywiad, cieszymy się, że nie tylko Ty, ale i cała kapela jest w tak dobrej formie i w doskonałych nastrojach. Do zobaczenia na koncercie, będziemy w pierwszym rzędzie. I czekamy na nowy album, może skoro jest tyle materiału będzie podwójny?
BS: Nie, wiecie co, nie lubię podwójnych albumów…
R: No to niech będą dwa pojedyncze, jeden po drugim, z maksymalnie roczną przerwą…
BS: Haha, zobaczymy. Co z tego wyjdzie. Fajnie się rozmawiało i do zobaczenia na koncercie.