Porozrywane książeczki

Artykuł oryginalnie opublikowany na rockers.com.pl 16.06.2012 r.

Płyty do plecaka i na rower. Kilka kilometrów jazdy z długim, kapitalnym zjazdem w dół w parku, wiatr we włosach, wolność, radość, gwałtowne hamowanie i nagle stary budynek wśród drzew. Przyczepiam rower do schodowych barierek, voila, wchodzę na górę. Jedne drzwi, drugie, przede mną długi korytarz, na jego końcu stary stolik. Na nim zeszyt „propozycje”, zaglądam i uśmiecham się pod nosem. Stoję i tupię nerwowo w podłogę. Wszystkie trzy komputery zajęte. Najpierw sprawdzam wydrukowane na igłówce nowości, zapamiętując numery katalogowe gorących towarów. Zza pleców zaglądam na wyszukiwane frazy. Szczególnie te tyczące się muzyki, w głębi duszy kpię z przaśnego, kiepskiego gustu. Nerwowo obgryzam paznokcie, gdy przeglądana jest kategoria nowości. Wściekam się, gdy widzę, że przeglądane są wcześniej zaplanowane do wypożyczenia płyty. No, nareszcie zszedł.

Siadam i nerwowo wystukuje na obrzydliwie brudnej klawiaturze kolejne nazwy zespołów. Na czarno białym monitorze z tak zwanym „filtrem”, ledwo co widać. Kiedy za plecami pojawia się w kolejce długowłosy typ, palce skaczą po klawiaturze jak oszalałe, a igła fruwająca po całym dysku hałasuje na cały pokoik. Dobra, szybki chwyt długopisu do ręki i przepisanie na kartkę zamówień (tak, tak, nie było przycisku „zamów”). Dwa kroki i jestem w drugim pokoju. Karnie ustawiam się w kolejce, rozglądam się po sali. Na TV dzieciarnia z okolicy ogląda kolejne „newsy” ze stajni Hanna i Barbera, wokoło jak zwykle fotele wypełnione. Miejscowa bohema z gazetami (która nie wiedzieć czemu co chwila wychodziła na dwór i do ust przykładała foliowe torebki), sporo młodzieży z rocznikami „Metal Hammera” przy stole, weterani, mający długie włosy, mimo że na głowie ostały się ledwie cztery, ze słuchawkami na uszach. Gramofony kręcą się jak oszalałe.

Moja kolej, przekazuję karteczkę. Pani obraca się i na półkach z płytami szuka odpowiednich numerów. Wyciąga płytę, krzywi się na widok okładki, przeklepuje dane do komputera. Nareszcie, płyty spakowane. No, to teraz zeszyt z propozycjami. Z plecaka wyciągam długopisy. O, tu jest miejsce, dopisuje tytuł upragnionej nowości. Dla pewności na kilku innych stronach. Innym długopisem i innym charakterem pisma. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Jazda do domu, pod górę już nie tak przyjemnie, ale równie radośnie. Wejście smoka, buty rzucone w kąt, no dobra, to idzie na pierwszy ogień. Płyta ląduje w odtwarzaczu, czas zabrać się za lekturę książeczki. Z namaszczeniem sięgam do pudełka, wyciągam książeczkę i… k***, znów jakieś bydlę wyrwało wewnętrzne strony.

Na szczęście pozostawała muzyka. Długie minuty delektowania się nieznanymi wcześniej dźwiękami nieznanych zespołów.

Biblioteki audiowizualne. Wychowały tysiące słuchaczy muzyki i kinomanów. Ta, o której pisze, całe pokolenia rock metalowców w jednej z dwóch stolic województwa na zachodzie kraju. Trochę science-fiction, a to ledwie kilkanaście lat temu.

Nowy budynek, sterylnie czysto, zamówienia via Internet. Nie ma już dawnego tłoku, dawnej świetności. Jakoś inaczej. A nową aplikację od starej pod względem użyteczności dzielą lata świetne. Ale bez przesady, aż takim zgredem nie jestem, żeby tęsknić do MS-DOS. Po prostu, jakoś te programy biblioteczne pod okienka nie wychodzą, aż tak dobrze…

Wstaję, odpalam komputer i mam dostęp mniej lub bardziej legalny do jakiejkolwiek płyty, o której pomyślę. Świat idzie do przodu.