Artykuł oryginalnie opublikowany na rockers.com.pl 22.06.2011 r.
Kto: Made of Hate, Corruption, Hunter, Devin Townsend Project, Killing Joke, Volbeat, Mastodon, Motorhead, Iron Maiden
Gdzie: Warszawa, lotnisko Bemowo
Kiedy: 10.06.2011 r.
Z dużej chmury mały deszcz – to przysłowie znalazło zastosowanie przy okazji Sonisphere Festival 2011… ale w znaczeniu dosłownym. Początkowe prognozy zapowiadające intensywne opady przez cały dzień, nie sprawdziły się i mimo zachmurzonego nieba i silnego wiatru, płaszcze przeciwdeszczowe trzeba było wyciągnąć tylko na 20 minut występu Motorhead, po czym można je było spokojnie wyrzucić. Skoro swoją relację zaczynam od narzekań na rzecz pozornie błahą – czyli pogodę – nie świadczy to dobrze o festiwalu. Być może jest to tradycyjne już „czepialstwo” Polaków, jednak kolejny raz byliśmy świadkami potraktowania naszej wersji Sonisphere w sposób macoszy. Jedynymi gwiazdami na skalę światową były zespoły Iron Maiden i Motorhead. W innych krajach będą im towarzyszyć natomiast Judas Priest, Alice Cooper czy też Dream Theater. Wynagradza nam to co prawda coraz większa ilość koncertów pojedynczych artystów w naszym kraju, jednak polski Sonisphere cały czas zdaje się wciąż rozkręcać. Pojawia się pytanie – kiedy będziemy mieli skład chociaż w połowie taki jak we Francji?
Frekwencja 10 czerwca 2011 r. okazała się sporo gorsza niż prawie równo rok temu. Przewidzieli to organizatorzy, którzy znacznie zmniejszyli teren przeznaczony dla beneficjentów biletu za 400 złotych, na Golden Circle. Sam postanowiłem tam się umiejscowić, po nauczce z lat poprzednich, gdy ledwie mogłem dostrzec muzyków z telebimów. Czy opłacało się? Mniejszy teren pod Golden Circle, a na dodatek postawa publiczności mocno mnie rozczarowały. Bliżej mi było do sceny niż do tylnych barierek, mimo to większość publiki była niezwykle bierna. Nie chodzi tu, broń Boże, o jakieś pogo czy ścianę śmierci, raczej tylko o to by nie stać z założonymi rękoma, nie wykonując ruchu przez 3 godziny. Coraz częstsze przyjazdy gwiazd do naszego kraju sprawiły że koncert nawet takich sław jak Iron Maiden jest dla nas czymś powszednim – to wygląda na najbardziej prawdopodobną przyczynę takiego stanu rzeczy. Celowo, aż do tego momentu nie wspominam o muzyce. Prawda jest bowiem taka, że ten koncert mogliśmy sobie „wyreżyserować” w głowie już wcześniej i zapewne nie odbiegłby by on od tego co się rzeczywiście działo.
Zespoły zostały podzielone na dwie sceny: mniejszą, z polskimi wykonawcami, których możemy zobaczyć na co dzień w różnych miejscach naszego kraju, oraz dużą z głównymi zagranicznymi gwiazdami. Spośród początkowych grup największe wrażenie sprawił Volbeat, ze swoim bezkompromisowym, melodyjnym hard rockiem oraz dużym poczuciem humoru wokalisty. Oklaski i okrzyki proszące o bis po występie z pewnością nie były przejawem kurtuazji, a muzycy odwdzięczyli się wykonaniem energicznego coveru utworu Johnny’ego Casha.
Napięcie zaczęło jednak rosnąć dopiero od występu Mastodona, zespołu w pewnych kręgach już absolutnie kultowego. Fani mieli swoją ucztę, jednak osoby nie znające twórczości zespołu z Atlanty, raczej po tym występie nie zapałały gorącą chęcią poznania go – potężny progresywny metal, ze skomplikowanymi konstrukcjami i techniczną aranżacją nie sprawdził się na festiwalowej scenie. Podczas występu na otwartym powietrzu, z innymi tuzami metalu, muzyka Mastodona była dla części słuchaczy zbyt hermetyczna. Mimo to recepcja amerykańskiego zespołu była bardzo pozytywna, zresztą jak najbardziej słusznie.
Nie minęło wiele czasu, nim na wielkiej płachcie znajdującej się za perkusją zawitała podobizna Snaggletootha. Była ona też zresztą widoczna na bardzo wielu T-shirtach fanów, co dobrze świadczy o kondycji miłośników „Motorogłowych” w Polsce. Z najnowszego albumu – The World Is Yours – usłyszeliśmy zaledwie 2 utwory, które w sposób oczywisty nijak się miały do żelaznej klasyki zespołu. Wspaniale wyszło Metropolis – o ile na płycie Overkill może ten utwór wydawać się cokolwiek powolny w porównaniu z innymi kawałkami, o tyle na koncercie uderza swoją mocą i energią. Zgoła inaczej wyszło One Night Stand, które w odróżnieniu od wersji studyjnej zyskało na lekkości i przebojowości, a refren długo nie chciał opuścić mojej pamięci. Specjalny prezent zafundował nam Mickey Dee w postaci jedynej na całym festiwalu solówki – w tym przypadku perkusyjnej. Zabawa rozkręciła się na dobre, niestety nie wytrzymały tego barierki, które tuż po występie trzeba było naprawiać. Na szczęście wszystko przebiegło sprawnie i w niczym nie opóźniło występu największej gwiazdy tego dnia.
Po puszczonym z taśmy coverze UFO oraz przydługim intro występ Iron Maiden rozpoczął się od tytułowego utworu z najnowszej płyty The Final Frontier, płynnie przechodzącym w następujący po nim El Dorado. O ile Satellite 15… The Final Frontier dzięki swoim liniom melodycznym świetnie się śpiewa z publiką, o tyle jako otwieracz nie wzbudza nawet w połowie takich emocji jak Aces High czy The Wicker Man. Od pierwszych minut w uszy rzucała się świetna dyspozycja wokalna Bruce’a Dickinsona, który po wahaniach formy przez ostatnie 10 lat nareszcie nawiązuje do czasów chociażby z Brave New World. Frontmanowi „Żelaznej Dziewicy” należy poświęcić nieco więcej słów – na warszawskim Sonisphere pokazał nam nie tylko świetną formę wokalną, ale również fizyczną, której mógłby mu pozazdrościć niejeden o wiele młodszy mężczyzna. Przy rozmowach z publiką był czas i na żarty i na wspomnienia o wydarzeniach w Japonii, Nowej Zelandii czy Syrii, których uczestnikami byli także fani Maiden. Było to oczywiście preludium do Blood Brothers, przed którym Dickinson zapewniał, że wszyscy zgromadzeni, niezależnie „czy są kobietami, mężczyznami czy czymś pomiędzy” stanowią jedną rodzinę. Jak widać, Bruce nie silił się zbytnio na oryginalność, jednak co z tego skoro i tak ma kontakt z publiką jak mało który wokalista na świecie?
Powracając do występu zespołu, największe wrażenie zrobił nieśmiertelny The Trooper (ze standardowym ubiorem i flagą Dickinsona) oraz odśpiewane wspólnie przez publikę Fear of the Dark. Mocno poszkodowany został The Wicker Man, który tuż po The Trooper wypadł cokolwiek blado i przepadł w masie wspaniałych utworów. Z nowej płyty wyróżnić należy Coming Home, które nawiązuje do tradycji najlepszych ballad Iron Maiden, a magii dodawało gwieździste niebo rozpostarte na wielkiej płachcie tuż za Nicko McBrainem.
„Jeżeli tak dalej pójdzie to może muzycy Maiden w ogóle zamieszkają w Polsce” – taka konstatacja przeszła mi przez myśl, gdy dowiedziałem się o kolejnym występie „Żelaznej Dziewicy” w naszym kraju. Jednak nawet nie próbujmy narzekać – w tamtym roku Metallica, Slayer i Megadeth, w tym jeszcze Judas Priest, Ozzy Osbourne, Scorpions… Z powodu „szczupłego” składu tegoroczny Sonisphere może i wypadł nieco blado w porównaniu z poprzednim, ale grzechem jest nie obejrzeć na żywo legend metalu grających w pobliżu, szczególnie że ich występy były bez zarzutu, nawet pomimo częstego zerkania z niepokojem na niebo. Ale widać Lemmy’emu posłuszne są nie tylko tysiące pięknych kobiet i miliony oddanych fanów, ale nawet pogoda.