Artykuł oryginalnie opublikowany na rockers.com.pl 23.08.2010 r.
Kto: Wicked Side, Sway, Vinders, Blaze Bayley
Gdzie: Szczecin, DK Słowianin
Kiedy: 21.08.2010 r.
Setlista występu Blaze’a Bayleya:
- Faceless
- Madness and Sorrow
- Samurai
- Waiting For My Life to Begin
- Letting go of the World
- Smile Back at Death
- The Man Who Would Not Die
- Blackmailer
- Lord of the Flies
- Leap of Faith
- Blood and Belief
- Kill and Destroy
- Watching the Night Sky
- Man on the Edge
- City of Bones
- Voices From the Past
- Robot
- The Brave
bis: - The Lauch
Ciężko było mi uwierzyć, kiedy dzień przed imprezą w jednym z punktów sprzedaży usłyszałem prawie nikt nie kupił biletu, wszyscy pojechali do Koszalina na Vadera i Napalm Death. Czyżby nazwisko Blaze’a Bayleya nie było w stanie przyciągnąć na koncert odpowiedniej ilości widzów? Czy po raz kolejny miała się potwierdzić teoria, że w Szczecinie ludzie nie lubią chodzić na koncerty?
Na szczęście, nie było źle, kiedy dotarłem pod „Słowianina”, zobaczyłem sporą grupkę stojącą przed wejściem, a na parkingu nie brakowało samochodów z rejestracjami spoza województwa zachodniopomorskiego, a także z Niemiec. Tłumów nie było, ale wstydu też nie. Ci, którzy sobie odpuścili, mogą sobie jednak pluć w brodę. Kolejna edycja Szczecin Metal Meeting okazała się bowiem prawdziwie heavy-metalową ucztą.
Całość, z lekkim opóźnieniem otworzył młody białostocki zespół Wicked Side. Niewdzięczną mieli rolę, pod sceną praktycznie tylko grupka mocno wspomagających znajomych i garstka tych, którzy już trzymali miejsca przed kolejnymi występami. Reszta z perspektywy stolików zajmowała się głównie rozmową, z rzadka spoglądając na scenę. Zespół nie przejął się tym jednak i dał uczciwy, kilkuutworowy set dynamicznego, motorycznego heavy-metalu z licznymi solówkami.
Ciaśniej pod sceną zrobiło się, kiedy pojawili się na niej muzycy niemieckiego Sway z Hannoveru, okazało się bowiem, że z zespołem przyjechała grupka fanów z Niemiec. Wkrótce po rozpoczęciu występu, dołączyło jednak sporo „stolikowych”, Niemcy zaprezentowali bowiem pełne werwy, ogniste granie z dobrym wokalem i świetnymi partiami gitarowymi. Praktycznie nieznany w Polsce zespół z każdym utworem coraz bardziej porywał publiczność.
Sway stanowi mieszankę rutyny z młodością, a zespół tworzą niewątpliwie ciekawe osobowości. Podczas gdy wokalista Thomas Gruhlke prezentował wzorowy metalowy imidż a’la Lemmy z lat 80-tych, gitarzysta Rüdiger Thies wyglądał jak naukowiec czy pastor oderwany od swych codziennych zajęć. Cóż, on nie ma metalu w sercu żartował pod sceną ktoś z publiki. Zamilknął, gdy tylko gitarzysta zaczął grać – spod strun niemalże leciały iskry.
Grupa zaprezentowała do bólu wręcz klasyczne heavy metalowe granie z chwytliwymi melodiami, które słuchało się z prawdziwą przyjemnością. A kiedy na koniec zaserwowali Ace of Spades z repertuaru Motorhead pod sceną zrobił się prawdziwy kocioł. Naprawdę bardzo udany występ.
Ostatnią grupą przed główną gwiazdą wieczoru był reaktywowany w zeszłym roku po 25-latach przerwy szczeciński Vinders, jedna z pierwszych szczecińskich grup heavy metalowych, można rzec, lokalna legenda. Spora część osób z wyraźną nieufnością spoglądała na Panów rozstawiających się na scenie, wyraźnie było widać bowiem, że członków zespołu na co dzień zajmują zupełnie inne rzeczy, niż granie heavy metalu. Liczy się jednak, co w duszy gra, co grupa udowodniła, gdy tylko rozbrzmiały pierwsze akordy.
Utwory grupy z lat 80-tych zabrzmiały porywająco i świeżo, a teksty właściwie nic się nie zestarzały. Świetna energia, znakomite wokale Janusza Kleja i Piotra Winnickiego, a przede wszystkim to, czego tak brakuje we współczesnym metalu – chwytliwe melodie. To była naprawdę świetna dawka hard rocka i heavy metalu, której publiczność nie pozostała obojętna. Szczególnie podobały się takie utwory jak Bez Imienia, Przybysze czy Czego Chcesz. Słowa Zginęliście jak mrówki zdeptani, a przecież byliście bogami z Przybyszy śpiewała cała sala.
Widząc, jaką przyjemność sprawia muzykom granie i jak dobrze jest ta muzyka odbierana przez publiczność, grupie nie pozostaje nic innego, jak nagrać płytę. Czekamy…
I w końcu, około 21.30 na scenie pojawił się wyczekiwany przez wszystkich Blaze Bayley. Zaczęli od Faceless, żwawo gestykulujący Blaze z miejsca porwał publiczność, headbanging zaczął się w najlepsze. Niestety, na początku drobne problemy techniczne. Słychać było właściwie tylko Blaze’a i perkusję.
Kiedy po drugim utworze Blaze zaczął ze sceny wydawać polecenia obsłudze dźwiękowej, a potem już bezpośrednio do publiczności zaczął mówić Gramy na całym świecie… większość już sobie w myślach dopisała ale tak gównianego nagłośnienia i klubu jeszcze nie widzieliśmy.
Na szczęście polskie samobiczowanie nie było tu konieczne, wokalista dokończył bowiem … dla mojego zespołu najważniejsza jest publiczność i to, żeby koncert był świetny. A żeby koncert był świetny, konieczne jest aby muzycy dobrze słyszeli odsłuchy, stąd też ta techniczna przerwa była konieczna….
Na szczęście potem już problemów nie było i koncert ruszył na dobre. Od samego początku dało się zauważyć, że zjawiło się sporo wielbicieli grupy, niezwykle żywiołowo reagujących na każdy utwór. Wkrótce jednak ta atmosfera udzieliła się wszystkim. Blaze okazał się po prostu znakomitym frontmanem i już po czterech utworach rozkręcił całą salę, która bez wyjątku, skakała, klaskała, machała rękoma, głową…
Wokalista ujął wszystkich swoją skromnością, bezpośredniością i żywiołowością. Przyniósł na scenę metalową skrzynkę, którą po chwili ustawił przed samymi barierkami i większą część kolejnych utworów, śpiewał wręcz zanurzony w pierwszym rzędzie publiczności, co chwila zmieniając tylko położenie skrzyneczki. A z czasem stał i na samych barierkach przytrzymywany i asekurowany przez fanów. A jak nie stał, to cały czas krążył po scenie zachęcając do jeszcze lepszej zabawy, przybijał piątki…
Taka postawa nie pozostawiła publiczność obojętną, która praktycznie co utwór skandowała imię i nazwisko wokalisty. Ten, co rusz mówił, jak bardzo jest wdzięczny, mówiąc polskie „dzienkuje”. Wielokrotnie wspominał, jak ważni są dla niego i jak szczególne miejsce w jego sercu mają Polscy fani. Jakie wsparcie dali mu, kiedy przyjechał na swój pierwszy koncert z Iron Maiden, jakie wsparcie dostał kiedy rozpoczął karierę solową, wspominał też, jak mając normalną, zwykłą pracę marzył o wieczorach takich, jak ten…
W efekcie między Blazem, a publicznością nawiązała się naprawdę niezwykła więź, co sprawiło że koncert miał wręcz niesamowitą atmosferę. Widać było radość na twarzach muzyków, jak i entuzjazm po stronie publiczności. Basista David Bermudez, który najżwawiej poza Blazem biegał pod sceną, nieraz dał popis ostrego headbangingu.
A podczas Blood and Belief Blaze wykrzyczał chodźcie z nami, zostawcie tę chwilę, zapomnijcie o całym świecie na zewnątrz, zapomnijcie o swoim życiu, problemach, żyjcie teraz, żyjcie z nami tą chwilą…
Setlista skupiała się na dwóch ostatnich płytach Blaze’a. Z The Man Who Would Not Die i Promise And Terror pochodziła ponad połowa utworów, niemniej jednak swoich reprezentantów miały wszystkie dotychczasowe płyty solowe Blaze’a. Nie zabrakło też oczywiście numerów z czasów Iron Maiden w postaci Lord of the Flies i Man on the Edge, które spotkały się z wyjątkowo entuzjastycznym przyjęciem.
Praktycznie przez cały koncert, nie było chwili wytchnienia – od początku do końca czad, momentami jak w Robot wręcz ekstremalny. Perkusista Claudio Tirincanti momentami bębnił wręcz siłą woli, szczególnie że na sali panowała niewyobrażalna wręcz duchota. A grali niemalże dwie godziny. Występ właściwie bez słabego punktu. Choć mnie szczególnie w pamięci zapadły Voices from the Past, Watching the Night Sky, Man on the Edge i Blood and Belief.
Niedosyt tylko, że na bis zagrali jeden utwór – The Launch. Co jeszcze warto podkreślić, Blaze od razu po koncercie ze sceny zszedł do fanów, pozując do zdjęć, podpisując płyty… Naprawdę magiczny wieczór.