Slash – Berlin, 07.06.2010 r.

Artykuł oryginalnie opublikowany na rockers.com.pl 21.06.2010 r.

Kto: Slash
Gdzie: Berlin, Postbahnhof am Ostbahnhof
Kiedy: 29.06.2010 r.

Setlista:

  1. Ghost
  2. Nightrain (Guns N’ Roses)
  3. Beggars & Hangers-on (Slash’s Snakepit)
  4. Nothing To Say
  5. Mean Bone (Slash’s Snakepit)
  6. Dirty Little Thing (Velvet Revolver)
  7. Theme from The Godfather
  8. Sweet Child O’ Mine (Guns N’ Roses)
  9. Slither (Velvet Revolver)
  10. Sucker Train Blues (Velvet Revolver)
  11. Civil War (Guns N’ Roses)
  12. By The Sword
  13. Back From Cali
  14. Starlight
  15. Rise Today (Alter Bridge)

Bis:

  1. Communication Breakdown (Led Zeppelin)
  2. Paradise City (Guns N’ Roses)

Po ostatecznym rozpadzie Velvet Revolver, Slash nagrał solową płytę w konwencji „Slash i przyjaciele”, na której swoich głosów użyczyli mniej i bardziej znani artyści, zaangażowani na co dzień w dość różne projekty, zaczynając od ikony ciężkiego grania Ozzy’ego Osbourne’a, a kończąc na popowej Fergie.

Niemiecki koncert, będący przedmiotem niniejszej relacji, był częścią światowego tournee promującego ten właśnie krążek. Po odsłuchaniu materiału z płyty miałem mieszane uczucia. Podobały mi się kompozycje i aranżacje, tak charakterystyczne dla stylu Slasha, ale zarazem brzmiące świeżo i bez przykrego uczucia wtórności, jakie niestety często dotyka artystów obecnych na scenie już którąś dekadę. Z drugiej strony zupełnie nie mogłem się przekonać do mnogości wokali, które pozbawiły album spójności.

Z tym większą nadzieją wyczekiwałem informacji o trasie koncertowej, w którą, jak można było się domyślać, Slash nie wyruszy już ze wszystkimi swymi przyjaciółmi. Kiedy natrafiłem na informację, iż wokalistą na koncertach będzie Myles Kennedy, to pojawiły się we mnie pewne obawy, że koncerty będą trąciły pop-rockiem. Obawy, jak się okazało, zupełnie bezzasadne…

Ekipy Slasha nie poprzedzał support, a panowie pojawili się na scenie dość punktualnie i od razu zaczęli, jak chyba każdy koncert tej trasy, od mocnego Ghost. W dalszej części mogliśmy usłyszeć jeszcze cztery kawałki z nowej płyty oraz, ku uciesze fanów, także piosenki Guns N’ Roses, Velvet Revolver i Slash’s Snakepit.

Obok Slasha i Mylesa Kenedy’ego na scenie pojawili się Bobby Schneck na gitarze rytmicznej, Brent Fitz na perkusji oraz Todd Kerns na basie. Panowie choć nie tworzą monolitu, bandu, który gra ze sobą od lat, zaprezentowali się jako bardzo zgrana ekipa. Cały czas bardzo żywiołowo poruszali się po scenie, a ich wzajemnych uśmiechom i entuzjastycznej interakcji z publicznością nie było końca.

Basista niestrudzenie biegał z jednego końca sceny na drugi, wymachiwał rękoma oraz głową, śpiewał wszystkie teksty i zachęcał do tego samego publiczność. W kwestii grania nie wychylał się jednak w żaden sposób, pozostawiając miejsce gitarom. Absolutnie pozytywne wrażenie zrobił na mnie perkusista, który był zdecydowanie wiodącą postacią sekcji rytmicznej. Bił on w bębny i talerze z taką energią, że wyglądały jakby miały zaraz poodpadać.

Myles Kennedy wypadł bardzo przekonująco, poradził sobie zarówno z repertuarem wcześniejszych formacji Slasha jak i z piosenkami z nowej płyty. Nawet te utwory, które, mogło by się wydawać, na płycie zostały zaśpiewane zbyt miałko, tu zabrzmiały mocno i mięsiście.

Slasha zostawiłem na koniec, gdyż jego gra to po prostu klasa sama dla siebie. Pan Saul Hudson pomimo już czterdziestu pięciu lat, nie stracił nic ze swojej finezji, magicznej techniki ani dynamiki. Biega, skacze, ląduje na kolanach przed swoim Marshallem, gra z gitarą za głową, a najczęściej z Gibsonem wspartym na udzie, podczas gdy spod skórzanego cylindra i czarnej czupryny spływają na Les Paula rzęsiste krople potu.

Każdy jego riff urzekał i rozpalał publiczność, a popisowe solo zagrane do motywu przewodniego z „Ojca chrzestnego” wprawiło wszystkich w dziką euforię. Koncert zakończył się, jak za dawnych lat, utworem Paradise City, odśpiewanym co sił w gardłach przez wszystkich obecnych, a kiedy przyszło do podziękowań widać było radość z tego wieczoru na twarzach zarówno zespołu jak i publiczności.