Sonisphere Festival – Warszawa, 16.06.2010 r.

Artykuł oryginalnie opublikowany na rockers.com.pl 21.06.2010 r.

Kto: Behemoth, Anthrax, Megadeth, Slayer, Metallica
Gdzie: Warszawa, lotnisko Bemowo
Kiedy: 16.06.2010r.

W ciągu niecałego miesiąca warszawskie lotnisko Bemowo było areną dwóch wielkich wydarzeń muzycznych – koncertu AC/DC oraz festiwalu Sonisphere. O ile w latach 80-tych oraz 90-tych Polska była generalnie mijana przez większość zagranicznych sław, o tyle w ciągu ostatniej dekady obserwujemy ciągły wzrost przyjazdów znanych zespołów do naszego kraju. Bez wątpienia możemy się cieszyć z takiego stanu rzeczy – coraz rzadziej musimy wyjeżdżać do Pragi czy Berlina w celu obejrzenia naszych ulubieńców i nareszcie przestajemy być rockowymi peryferiami Europy.

Niestety, w przypadku omawianego tutaj Sonisphere Festival nie obeszło się bez zgrzytów. Polskie wydanie festiwalu prezentowało się od samego początku dosyć ubogo. O ile w Szwajcarii, Bułgarii czy Czechach występowało poza „wielką czwórką” po 10 -15 zespołów (w tym Alice in Chains, Rammstein czy Motorhead), to na warszawskim Bemowie dodatkowo wystąpić miały jedynie Mastodon i Behemoth. Na domiar złego Mastodon odwołał swoją trasę i koniec końców zostaliśmy jedynie z „głównym daniem” w postaci Anthraxu, Megadeth, Slayera i Metalliki. Powodów ku temu nie należy szukać daleko – w wymienionych wyżej krajach festiwal przyjął postać kilkudniową, co na polskie warunki organizacyjne jest po prostu utopią. Jednak jakiekolwiek narzekanie jest bezzasadne, wszak na krótki moment Polska znalazła się w centrum zainteresowania całej muzycznej Europy, albowiem nasz kraj był pierwszym, który przyjął „wielką czwórkę”.

Na sam początek mieliśmy okazję obejrzeć najsłynniejszą polską grupę black/death metalową, czyli Behemoth. Zespół, cały ucharakteryzowany w tradycyjny makijaż i ubiór, zagrał utwory ze swoich trzech ostatnich płyt oraz po jednej kompozycji z Zos Kia Cultus oraz EP Ezkaton. Niestety, występ ten był jedną wielką pomyłką – o ile w klubie, przy odpowiednim nagłośnieniu i efektach wizualnych Adam Darski i reszta są w stanie dać naprawdę spektakularne show, o tyle w środku dnia i przy blisko 30-tysięcznym tłumie ich muzyka wypadła mozolnie i niesamowicie nudno. Wokalista Behemotha z przejęciem opowiadał o możliwości występu przy takich sławach jak Slayer czy Metallica, niestety publiczność nie podzielała jego entuzjazmu. Taka hermetyczna oraz dosyć trudna do przyswojenia muzyka zdecydowanie nie nadaje się na imprezy masowe, szczególnie że rozchodzące się po całym lotnisku brzmienie nie działało na korzyść zespołu. Z drugiej strony – nawet jeśli występ byłby dobry, ciężko byłoby po publiczności zauważyć chęć partycypowania w nim, jako że wszyscy oszczędzali siły na późniejsze zespoły.

Powrót do starych lat zafundował nam Anthrax, co było spowodowane ponownym przybyciem do zespołu Joeya Belladonny. Ten występ należy z kolei bardzo mocno pochwalić, dawne klasyki wypadły świeżo i zostały zagrane z bardzo dużym entuzjazmem. Entuzjazm ten udzielił się również fanom zespołu szczególnie przy wykonaniu utworu Antisocial przy którym tysiące osób zaczęły klaskać i śpiewać. Prezencję Anthrax możnaby skwitować słowem „sympatyczna” – jowialny Belladonna oraz szalejący Scott Ian sprawili znakomite wrażenie. Bardzo ładnym gestem było odegranie kawałka utworu Heaven and Hell na cześć niedawno zmarłego Ronniego Jamesa Dio, a nastąpiło to w połowie jednego z ich największych klasyków – Indians. Polscy słuchacze od razu zrozumieli o co chodzi i z pewnością niejednemu z fanów ostrego grania pojawiła się wtedy łza w oku. Jako pozytywny akcent przypomniała mi się osoba leżąca na murawie lotniska w „błogiej nieświadomości”, która właśnie na występie Anthrax wstała i zaczęła się bawić, jak gdyby nic nigdy się nie stało. Takich pociesznych obrazków nie brakowało, jako że piwa na imprezie było również pod dostatkiem.

To co z występu Megadeth najbardziej utkwiło w mojej pamięci to… słońce świecące mi prosto w oczy przez okrągłą godzinę. Niestety sposób ustawienia sceny i godziny w których grały zespoły nie były dopasowane najlepiej. Najważniejsza wiadomość to to, że od godziny 18 do 19 mogliśmy delektować się odegranym w całości albumem Rust In Peace – zdaniem wielu nie tylko najlepszym w dyskografii Megadeth, ale jednym z najlepszych w historii metalu w ogóle. Poza tym usłyszeliśmy dwa sztandarowe klasyki z Countdown To Extinction oraz nieśmiertelne Peace Sells…. Dave Mustaine, ubrany w jasną podkoszulkę, praktycznie przez cały czas grania Rust In Peace nie powiedział między utworami do publiki ani słowa, co zresztą w pełni zrozumiałe patrząc na napięty harmonogram występów – dopiero później zdobył się na wygłoszenie paru zdań. Rozczarować mogło brzmienie, jeszcze cichsze niż w przypadku Anthrax, które w połączeniu z technicznym sposobem grania Megadeth, sprawiło że zabrakło nieco metalowego „czadu”. Pod względem technicznym mogliśmy usłyszeć prawdziwy popis wirtuozerii, genialnych kompozycji również nie brakowało. Dosyć mocno zmienił się głos Dave’a Mustaine’a, co może rozczarować miłośników jego charakterystycznej barwy z początków kariery. Słuchacze przyjęli zespół dosyć sucho – przynajmniej z mojej perspektywy. Ciekawym obrazkiem był widok fana z… Meksyku, trzymającego flagę swojego kraju. Co prawda wątpię, aby przyleciał on prosto ze swej ojczyzny specjalnie na tę imprezę, jednak pokazuje nam to wydatnie jak wielkim wydarzeniem było Sonisphere Festival.

Przed Slayerem zaczął się prawdziwy tłok, cofnąć się nie było możliwości. Trzeba przyznać, że wyraźnie widoczne były różnice popularności pomiędzy zespołami „Big Four” – pod tym względem występy ułożone były w bezsprzecznie idealnej kolejności. Słońce zeszło już niżej i mimo że świeciło z boku sceny, nie przeszkadzało już tak bardzo kiedy na scenę wyszedł Tom Araya i spółka. To co się wydarzyło się chwilę potem będę wspominać długo. Nie chcę zabrzmieć patetycznie, jednak fani Slayera należą do najbardziej zadeklarowanych, by nie rzec – fanatycznych na świecie (żeby nie było – sam do nich należę). Przy ścisku jaki towarzyszył ich występowi na warszawskim Bemowie dało to efekt w postaci naprawdę potężnego pogo. Powiedzmy sobie jednak szczerze – kult tego zespołu nie bierze się znikąd, a jeżeli ktoś zapuszcza się do przodu na ich występie to może mieć pewność naprawdę „zabójczej” zabawy. Byłem bardzo zadowolony z takiej reakcji publiki, która dotąd prezentowała się raczej spokojnie. Sam występ z jednej strony mógł wydawać się bez zarzutu, z drugiej zaś czegoś mu brakowało. Było świetne brzmienie, fantastyczna setlista (trzy utwory z nowej płyty, South of Heaven, Dead Skin Mask, Disciple, Jihad, War Ensemble, Angel of Death, Mandatory Suicide) i całkiem dobra forma wokalna Toma Araya, szczególnie patrząc z perspektywy jego niedawnych problemów zdrowotnych. Muszę jednak przyznać, że o wiele bardziej chciałbym zobaczyć zespół w klubie, w postaci głównych headlinerów – występy festiwalowe rządzą się jednak własnymi prawami, a Slayer nie jest grupą wybitnie festiwalową. Podobnie z Megadeth – występy obu zespołów ucierpiały poprzez granie na świeżym powietrzu w środku dnia, przy publiczności wyczekującej na jedną, największą gwiazdę.

Cokolwiek nie mówilibyśmy o Metallice – o tym, że od lat poszukują formy zarówno kompozycyjnej, jak i wykonawczej, są zespołem odcinającym kupony od dawnej sławy – nie można odmówić im jednego. Są obok Iron Maiden największymi gwiazdami muzyki metalowej i autorami absolutnie nieśmiertelnych klasyków, które porywają po dziś dzień. Ich występy to niesamowite spektakle i nawet osoby nie będące wielkimi fanami tego zespołu często dają ponieść się magii ich koncertów. Co z tego, że oglądając ich w internecie czy telewizji, wydają się być zblazowani, pozbawieni formy czy wypaleni, skoro na żywo emocje biorą górę nad wszystkim i klasyki mówią (czy też grają) same za siebie? W momencie występu Metalliki cała płyta (przynajmniej ta stojąca z przodu) zaczęła skakać, śpiewać razem z zespołem oraz tworzyć gigantyczny młyn, znacznie jednak grzeczniejszy niż ten „slayerowy”. Pod względem setlist Metallica zdecydowanie wyróżnia się in plus, na każdym występie jest jakaś, chociażby najmniejsza, zmiana. Tym razem usłyszeliśmy Fuel, The Four Horsemen, All Nightmare Long, Blackened, Hit the Lights oraz cover Queen Stone Cold Crazy. Sprawdziła się jednak stara prawda – klasyki wychodzą zawsze najlepiej. Ciężko będzie zapomnieć emocje przy Creeping Death, For Whom the Bell Tolls, Master of Puppets czy Enter Sandman. Graniu One towarzyszyły oszałamiające efekty wizualne, fajerwerki…

Wielka szkoda, że nie było jakiegoś wspólnego występu zespołów, a Metallica wyraźnie odstawała od pozostałej trójki, zarówno długością występów jak i oprawą. Ciężko jednak wyobrazić sobie inną sytuację, było najlepiej jak mogło być. Sonisphere Festival było wydarzeniem historycznym, na którym każdy fan muzyki metalowej miał obowiązek się stawić. Nie oszukujmy się – pod względem czysto artystycznym nie było najlepiej. Występy Slayera czy Megadeth o wiele lepiej odebrane zostałyby w klubie, w pełnym wymiarze czasowym. Niewyobrażalny tłok, niesamowicie długie kolejki po napoje… mimo to, po raz kolejny powtórzę – warto było!