Riverside – Warszawa, 18.10.2009 r.

Artykuł oryginalnie opublikowany na rockers.com.pl 06.06.2010 r.

Kto: Riverside (support: Iluzjon, Disperse)
Gdzie: Warszawa, Progresja
Kiedy: 18.10.2009 r.

Głównym powodem dla którego wybrałem się na kończący polską część trasy koncertowej występ Riverside w Warszawie, była przede wszystkim ambiwalencja w stosunku do ich ostatniego dzieła – Anno Domini High Definition. Co prawda, uznaję się za fana tej grupy, jednakże po wydaniu słabego według mnie Rapid Eye Movement, moje priorytety koncertowe nieco się zmieniły. Zmiana przyszła wraz z ostatnim albumem warszawskiego zespołu, który wzbudził we mnie skrajne uczucia – z jednej strony czułem, że płyta ma potencjał i trzeba starać się ją odkryć; z drugiej zaś, wielokrotne przesłuchania nie wystarczały i Anno Domini High Definition objawiła mi się jako płyta „bezduszna” (opowiadając o odhumanizowaniu dzisiejszego świata najwyraźniej sama na tę przypadłość zapadła), pozbawiona głębszych emocji, które wypełniały chociażby Out Of Myself. Te wszystkie uczucia stanowiły dla mnie motywację, aby przekonać się na własne oczy (czy raczej uszy) ile płyta ta jest warta. Nie wspominając o patriotyzmie i fakcie, że Riverside zdobywa nareszcie popularność za granicą – wystarczy popatrzeć jak dużo grają w krajach zachodu, chociażby na trasie promującej ostatni album.

Jeszcze przed koncertem udałem się do Empiku w celu zdobycia podpisu zespołu, który miał się tam spotkać z fanami. Po dotarciu dowiedziałem się jednak, że spotkanie owszem, jest, ale… w innym salonie. Po szybkim biegu dotarłem na miejsce – niestety po 15 minutach spóźnienia po muzykach Riverside nie pozostał nawet ślad. Był to przykład braku profesjonalizmu z ich strony – miejsce spotkania było źle podane (sprawdzałem jeszcze później), a zespół zbyt długo na fanów nie czekał. Całe szczęście – miałem to sobie odbić w Progresji późnym wieczorem.

Supporty były dwa – ciężko mi ocenić Iluzjon, gdyż słuchałem ich jednym uchem i to jedno ucho nie podchwyciło jakichkolwiek powodów do zachwytów.

Osobny akapit należy jednak poświęcić Disperse, zespołowi grającemu maksymalnie pokombinowany metal progresywny i to z naprawdę porządną sprawnością. Powodem do zdziwienia jest wiek muzyków – część z nich nie ma ukończonych nawet 18 lat! Co prawda na oko, ciężko mi było ocenić datę ich urodzenia, jednak co do tego faktu nie mam wątpliwości. Utwory były bardzo długie, momentami traciły klarowność, jednak z takim potencjałem możemy oczekiwać kolejnego perspektywicznego polskiego zespołu. Zespół jest mało znany, więc nie pozostaje nic innego jak polecić zapoznanie się z ich muzyką.

Riverside rozpoczął występ standardem – 02 Panic Room. Po dłuższym, głównie basowym, wprowadzeniu zaczęła się właściwa część wieczoru. Utwór wypadł fantastycznie, z jednej strony transowy i tajemniczy, z drugiej energetyczny, rozruszał i „rozśpiewał” publikę, która na Riverside bawiła się bez zarzutu. Następnie przyszła kolej na sięgnięcie do przeszłości – z Out Of Myself były tylko dwa utwory, ale za to jakie! Rzadko wykonywane In Two Minds, które zagrane na dwie gitary stanowiło jeden z najbardziej melancholijnych punktów wieczoru (ciekawie wyszedł śpiewany przez publiczność quasi-refren And if you lose your faith, know that I…) oraz rozbudowany The Same River będący jak dla mnie żelazną klasyką zespołu. Z utworów jedynie Second Life Syndrome wypadł nieco niemrawo.

Główną atrakcję wieczoru stanowiło jednak odegranie Anno Domini High Definition w całości. Mało tego – zespołowi udała się arcytrudna sztuka zwiększania napięcia wraz z każdym utworem. Energia Hyperactive poruszyła wszystkich, a było to jedynie preludium, następnie mój cichy faworyt Driven to Destruction, aż w końcu kawałek stworzony do wspólnego śpiewania – Egoist Hedonist. W tym momencie weszła na scenę złożona z trzech osób sekcja dęta, która wzbudziła w nas pozytywne zaskoczenie, z eksperymentów słyszeliśmy jeszcze Michała Łapaja na therminie. Left Out zabrzmiało niezwykle epicko, a Hybrid Times stwarzał okazję dla miłośników pogo, jednak ze względu na połamany rytm utworu, była to sprawa problematyczna. Na bis weszło Reality Dream, Stuck Between oraz Rapid Eye Movement. Tego ostatniego nie widziałem całego, lecz wiele nie straciłem, gdyż cały utwór nie porywa.

Riverside na nowej trasie udowodnił jedną tezę – że nie są bandą smutasów i potrafią grać niezwykle ostro i przebojowo. Cieszy wysoka forma wykonawcza zespołu i pozostaje myśl – czy ta grupa z rodowodami członków zakorzenionymi w ostrym metalu, dalej będzie szła w tym kierunku? Niezależnie od odpowiedzi miejmy nadzieje, że muzyka będzie przede wszystkim dobra i oryginalna, a koncerty co najmniej tak dobre jak ten w Progresji.