Artykuł oryginalnie opublikowany na rockers.com.pl 07.11.2009 r.
Kto: Paul Di’Anno
Gdzie: Szczecin, Słowianin
Kiedy: 06.11.2009 r.
Szczeciński koncert Paula Di’Anno, zorganizowany w ramach trasy The Beast Is Back Tour, reklamowano jako występ legendarnego wokalisty Iron Maiden. Nic więc dziwnego, że do miejscowego Słowianina przybyli przede wszystkim fani grupy Steve’a Harrisa, i to w dodatku ci najmłodsi. Wyraźnie podekscytowana, długowłosa młodzież już na parę godzin przed pojawieniem się na scenie gwiazdy wieczoru tłoczyła się pod sceną, raz po raz skandując nazwę swojej ulubionej kapeli. Przyznam, że zrobiło to na mnie spore wrażenie – niemal wszyscy bowiem, mieli na sobie koszulki z dobrze znaną maskotką Iron Maiden – Eddiem. Mimo że sala nie pękała w szwach, publiczność zdecydowanie dopisała, chociaż na pewno organizatorzy spodziewali się większej frekwencji. Jedna z pracownic Słowianina stwierdziła nawet, że w przeciwieństwie do mieszkańców innych miast, w Szczecinie ludzie nie lubią chodzić na koncerty, że nic się nie sprzedaje. Jest to ciekawa teoria, zważywszy, że o występie Di’Anno nie usłyszałem w lokalnych mediach ani jednego słowa.
Piątkową imprezę rozpoczęły dwa supporty. Pierwszy z nich, poznańska kapela Pathfinder, grał głośno, ale nie zmusił piwoszy do poderwania się z miejsc zajętych przy barze. Ich powermetalowe kompozycje, okraszone dodatkowo symfonicznymi dźwiękami z syntezatora, wzbudziły jednak aplauz osób znajdujących się pod sceną. Najmocniejszym punktem poznańskiego zespołu był bez wątpienia wokalista – Szymon Kostro, który śpiewał niezwykle pewnie i wysoko.
Po Pathfinder, szczecińskiej publiczności przedstawiła się zagraniczna grupa Thunderbolt. Norwegowie okazali się żywym obrazem etosu heavymetalowca. Długie brody, nieścinane od wieków rude włosy, pokaźny zarost i czarne odzienie sprawiały, że trudno było oprzeć się wrażeniu, że jest się na koncercie średniowiecznych Wikingów. Kapela o ciekawej aparycji w mig wkupiła się w łaski zebranych. Kilku młodzianów rozkręciło pod sceną pogo, a norweski wokalista raz, po raz zaskakiwał nieprzeciętną skalą swojego głosu i doskonałą techniką. Ponadto, muzycy Thunderbolt doskonale wiedzieli jak obchodzić się z publicznością. Podczas ostatniej piosenki, frontman zespołu przeskoczył barierki i otoczony chmarą rozentuzjazmowanych fanów bawił się wraz z nimi. Występ Norwegów był bez wątpienia jednym z najciekawszych punktów tego wieczoru.
Około 22:30 wraz z dźwiękami skróconego, instrumentalnego The Ides of March, na scenie pojawiła się w końcu docelowa gwiazda, a więc młody zespół Paula Di’Anno. Wejściu towarzyszył ryk rozentuzjazmowanej publiczności, która reagowała w ten sposób na każdy utwór pochodzący z pierwszych dwóch płyt Iron Maiden. Kolejne piosenki – Wrathchild, Prowler oraz Murders in the Rue Morgue doprowadziły wszystkich do ekstazy. Przyznam jednak, że bardzo zawiodła mnie forma 51-letniego wokalisty. Jego głos, choć nadal bardzo silny, brzmiał bardzo blado w porównaniu do frontmanów Pathfinder i Thunderbolt. Większość melodyjnych przecież partii zastępował jednostajnym krzykiem. Straciły na tym przede wszystkim złożone utwory, takie jak Phantom of the Opera. Fizycznie bardzo zapuszczony, żeby nie powiedzieć odpychający muzyk, bardzo męczył się na scenie, tłumacząc że w Słowianinie jest zbyt gorąco.
Niestety, nie była to jedyna rzecz, która tego dnia bardzo mu przeszkadzała. Według niego, źle ustawiono jego odsłuch, o co miał pretensje do miejscowego inżyniera dźwięku. Praktycznie po każdym wykonanym utworze odmieniał przez wszystkie przypadki wyraz „dupek” nadając mu coraz to nowe epitety. Brzydkie gesty Di’Anno pokazywał również w kierunku pracowników ochrony, którzy w pewnym momencie nie upilnowali jednego z fanów. Człowiek ten wskoczył na scenę, zabrał mikrofon wokaliście i rozpoczął własny popis. Prawdę mówiąc, jego występ nie różnił się znacząco od partii gwiazdy wieczoru.
Oprócz utworów Iron Maiden, Di’Anno wykonał kilka własnych kompozycji, których publiczność nie przyjęła jednak najlepiej. Co chwilę słyszalne były okrzyki mające zmusić wokalistę do zagrania kolejnych numerów z krążków Iron Maiden i Killers. Muzyk nie przyjmował tych próśb najlepiej – wdając się w agresywną wymianę zdań z fanami, manifestował swoje niezadowolenie za pomocą Shut up! lub This is my show, not their. If you want them (Iron Maiden – dop. P.Rawski) go home’. Tego rodzaju teksty zdecydowanie nie były potrzebne.
Mimo wszystko, większość piosenek, które Di’Anno wykonał w Słowianinie pochodziła z repertuaru Iron Maiden. Paru z nich zmieniono w pewnym stopniu aranżacje i brzmienie. Na uwagę zasługiwało np. doskonałe wykonanie Remember Tomorrow, ze świetnym przyspieszeniem w refrenie. Klasyki takie jak Killers, Transylvania czy Running Free obroniły się same. Nic więc dziwnego, że po zejściu muzyków ze sceny publiczność domagała się bisów. Nie trzeba było czekać na nie długo – po chwili, po raz drugi tego dnia mogliśmy usłyszeć The Ides of March, tym razem w pełnym wymiarze. Występ zakończyło dynamiczne wykonanie długo wywoływanego Sanctuary.
Koncertu Paula Di’Anno nie sposób ocenić jednoznacznie. Z jednej strony była to ponad godzina świetnej muzyki Iron Maiden, której nie uświadczymy na większości imprez z udziałem tej kapeli. Z drugiej zaś, Paul Di’Anno jest wyraźnie zniesmaczony ciągłym wykonywaniem klasyków swojego macierzystego zespołu, co daje się wyczuć stojąc pod sceną. Mimo wszystko, według zasłyszanych opinii mogę z pewnością powiedzieć, że szczecińskiej publiczności występ bardzo przypadł do gustu, a o to przecież chodzi.