Artykuł oryginalnie opublikowany na rockers.com.pl 14.07.2010 r.
Kto: Aerosmith
Gdzie: Praga, O2 Arena
Kiedy: 01.07.2010r.
Setlista:
1. Love in an Elevator
2. Back in the Saddle
3. Falling in Love (Is Hard on The Knees)
4. Eat The Rich
5. Pink
6. Livin’ on the Edge
7. What It Takes
8. Mama Kin
9. Cryin’
10. Drum Solo
11. Rag Doll
12. Stop Messin’ Around
13. I Don’t Want To Miss a Thing
14. Sweet Emotion
15. Baby Please Don’t Go
16. Draw the Line
Bis:
17. Dream on
18. Walk This Way
19. Toys in The Attic
Po trzech latach od ostatniej europejskiej trasy, Aerosmith znów zawitali na Stary Kontynent. Nim ostatecznie ogłoszono harmonogram koncertów, fani do końca mogli czuć się zaniepokojeni informacjami, a to o konfliktach pomiędzy członkami, a to o kolejnych terapiach odwykowych oraz dramatycznymi doniesieniami o poturbowanym Tylerze, który spadł ze sceny podczas koncertu. Na szczęście wszystkie kłopoty zostały zażegnane i Panowie w całości i dobrej formie wyruszyli w trasę.
Podczas praskiego koncertu zobaczyliśmy to, do czego zespół na przestrzeni lat zdążył przyzwyczaić. Przebrani w kolorowe stroje i z makijażem na twarzach czarowali i uwodzili publiczność swoją energią i entuzjazmem. Zespół nie promuje obecnie żadnego krążka (ostatni ukazał się sześć lat temu), tym samym setlista zbudowana została według klucza „the best of”. Usłyszeliśmy pełen przekrój twórczości grupy, zaczynając od zadziornego blues-rocka z wczesnych lat 70-tych (Mama Kin czy Walk This Way), a kończąc na pop-rockowym I Don’t Want To Miss a Thing, piosence skomponowanej dla Celine Dion, która z artystycznego punktu widzenia, wydaje się zespołowi zupełnie niepotrzebna, a która paradoksalnie okazała się największym singlowym przebojem bandu, stając się tym samym żelaznym punktem każdej setlisty.
Pomimo upływu lat, Panowie nie stracili nic ze swej witalności i charyzmy. Jest to już chyba jeden z ostatnich zespołów, z wybiegiem na scenie, aby muzycy mieli więcej miejsca do szaleństw i mogli nawiązać bliższy kontakt z publicznością. Z okazji tej niemal nieustannie korzystają Tyler i Perry, podczas gdy Hamilton i Whitford raczej trzymają się swoich wyjściowych pozycji. Steven Tyler swoim wokalem i zachowaniem dobitnie pokazuje, że nic nie robi sobie z wieku (62 lata), ani ogromnej ilości używek jakie przez lata przetoczyły się przez jego organizm. Ciągle w ruchu, ciągle uśmiechnięty, przez cały czas w interakcji z publicznością i kolegami z bandu. Podchodzi na brzeg sceny, przybija piątki, wyciąga swój owinięty kolorowymi szalikami mikrofon nad publiczność zachęcając do odśpiewania kolejnego wersu. Najbardziej jednak zachwyca swoimi możliwościami wokalnymi, którymi hipnotyzuje słuchaczy i z niebywałą łatwością steruje ich emocjami, przechodząc od rozkrzyczanych improwizacji do wręcz intymnego szeptu na koniec Baby Please Don’t Go. Kiedy jest w głębi sceny, zaczepia kolegów, przepycha się z nimi bądź próbuje grać na ich gitarach, a kiedy nie śpiewa wyciąga harmonijkę ustną z którą radzi sobie nie gorzej niż ze śpiewem. Drugą postacią skupiającą na sobie uwagę jest Joe Perry, który w popisowych pozach odgrywa swoje gitarowe sola i starym rockowym zwyczajem nie oszczędza on swoich gitar. Podczas koncertu zdarzyło mu się rzucić gitarą o scenę, a następnie biczować ją paskiem wyjętym ze spodni, a po ostatnim solo, zamykającym koncert Toys in the Attic, zdjął gitarę i z całej siły wepchnął ją w stojący u jego stóp wentylator. Pozostała trójka muzyków standardowo, poza pojedynczymi akcentami i krótkimi partiami solowymi, spokojnie wykonuje swoje zadania pozostawiając miejsce na show Tylera i Perrego. Wyróżnić trzeba jednak Joeya Kramera, który zagrał solo na perkusji, może technicznie niekoniecznie wyrafinowane ale za to z widocznym zaangażowaniem, kiedy po wyrzuceniu pałeczek w publiczność kończył grać gołymi rękami.
Na bis Panowie zagrali trzy kawałki z pierwszych płyt, okresu najbardziej udanej twórczości, czym doprowadzili widownię do istnego szaleństwa, a kiedy wybrzmiały ostatnie takty myślę, że nikt nie miał wątpliwości, że uczestniczył w absolutnie zjawiskowym rock’n’rollowym show, jakie potrafią robić jedynie prawdziwi giganci rocka.