Nazareth – Szczecin, 23.08.2009 r.

Artykuł oryginalnie opublikowany na rockers.com.pl 23.08.2009 r.

Kto: Nazareth
Gdzie: Szczecin, Słowianin
Kiedy: 23.08.2009 r.

Setlista:

  1. Telegram
  2. Turn on Your Receiver
  3. Miss Misery
  4. Bad Boy Boy
  5. Dream On
  6. Light Comes Down
  7. Love Leads To Madness
  8. The Gathering
  9. My White Bicycle
  10. Heart Growns Cold
  11. Java Blues
  12. Shanghai’d in Shanghai
  13. Hair of the dog
  14. Love Hurts
  15. See Me
  16. Razamanaz
  17. This Flight

Już godzinę przed koncertem pod Słowianinem było sporo ludzi. Głównie 40-50-letni mężczyźni w kilkuosobowych grupach, choć nie brakowało i przedstawicielek płci przeciwnej (niektórzy przyszli z żonami), jak i młodzieży (niektórzy z dziećmi). Kiedy dotarłem pod klub, ożywione wspominki trwały w najlepsze. Dowiedziałem się między innymi, że głos McCafferty’ego już nie ten co kiedyś oraz jakim wydarzeniem dla niektórych był… koncert Pink Floyd w jednym ze szczecińskich kin w latach 70-tych (sic!)… W sumie ludzi zebrało sporo, aczkolwiek nie każdy pchał się pod scenę, spora część osób wolała oglądać koncert z daleka, siedząc przy stoliku i racząc się piwem.

Supportu niestety nie miałem okazji usłyszeć, przejdę więc od razu do meritum… Po dość długim intro zaczęli od Telegram i przyznam, kiedy usłyszałem drapieżny i ostry jak brzytwa wokal McCafferty’ego… zamurowało mnie. Wiedziałem, że gość jest w znakomitej formie, ale nie myślałem, że może być aż tak dobrze. Jego głos dosłownie przewiercał ściany klubu, sekcja była w doskonałym nastroju (Pete Agnew na dzień dobry wystawił do publiczności język), a Jimmy Murrison od razu pokazał, że dobrych solówek na tym koncercie nie zabraknie. Świetne wprowadzenie w koncert, każdy już chyba wiedział, że ten zespół nie z tych, którzy odcinają kupony…

Tur on Your Receiver podtrzymał gorącą temperaturę wstępu, ale to potężny, cięty riff i kapitalny refren Miss Misery rozgrzał publiczność do czerwoności. Emocje sięgnęły jednak zenitu przy Dream On – kiedy McCafferty zaśpiewał pierwsze wersy, podnieśli się nawet fani „piwno-stolikowi”, w powietrzu rozbłysnęły płomienie zapalniczek (tak, tak, komórki były w mniejszości), tekst został odśpiewany chóralnie, a w powietrzu wisiała jakaś podniosła atmosfera. To był niesamowity moment…

Świetna atmosfera wśród publiczności udzieliła się muzykom. Byli w znakomitej formie, szczególnie McCafferty, chociaż momentami miał wyraźne problemy z łapaniem oddechu między kolejnymi wersami forsownych partii. Ciekawie grał też Jimmy Murisson, który dostał sporo miejsca na popisy i solówki, co spotkało się z entuzjastycznym przyjęciem publiczności. Kiedy ostatni raz byliście na koncercie z kilkuminutowym popisem gitarzysty? Oczekiwania spełniła też setlista. Z nowej płyty zagrali przed bisami jedynie The Gathering, były dwa covery – Java Blues z repertuaru Ricka Danko i – to już na sam koniec – This Flight Tonight Joni Mitchell, a tak reszta repertuaru to sprawdzone i uwielbiane przez publiczność klasyki. Spośród których – oprócz wymienionych wcześniej – mnie najbardziej w pamięć utkwiło wykonanie Love Leads to Madness oraz – jakżeby inaczej – chóralnie odśpiewane Love Hurts i okraszone solówką na dudach Hair of the Dog.

Na bis nie trzeba było czekać zbyt długo. I jeśli ktokolwiek ze zgromadzonych czuł niedosyt, to po nim na pewno czul pełną satysfakcję. Akustyczne See Me rozbujało wszystkich, a ostre Razamanaz zabrało ostatki sił… Znakomity występ, zapraszamy częściej.