Suede, Klub Progresja, Warszawa, 23.07.2026 r

Kto: Bujaturla, Suede
Gdzie: Klub Progresja, Warszawa
Kiedy: 23 lipca 2026 r.

  1. Disintegrate
  2. Trash
  3. Animal Nitrate
  4. Killing of a Flashboy
  5. Personality Disorder
  6. Flytipping
  7. Dancing with the Europeans
  8. Filmstar
  9. Can’t Get Enough
  10. June Rain
  11. Turn Off Your Brain and Yell
  12. Everything Will Flow
  13. She Still Leads Me On
  14. Shadow Self
  15. Trance State
  16. Life Is Golden
  17. So Young
  18. Metal Mickey
  19. Beautiful Ones

Bis:

20. The Only Way I Can Love You

Nie powiem, byłem mocno zdziwiony, kiedy zobaczyłem, że już na pół godziny przed otwarciem bram, a dwie godziny przed samym koncertem, pod Progresją zrobił się spory ogonek. Zanim zaczęto wpuszczać, kolejka miała już dobre 200 osób, a na pobliskim parkingu rejestracje pokazywały, że koncert przyciągnął ludzi z wielu województw – Poznań, Szczecin, Gdańsk, Bydgoszcz, Katowice… Dopiero drugi polski koncert Suede, a w zasadzie pierwszy samodzielny (poprzedni w ramach OFF Festival) okazał się frekwencyjnie udany, publiczność wypełniła niemalże cały klub, z pokaźną grupą czekającą pod sceną całe 2 godziny do występu. Co ważne, ewidentnie występ nie przyciągnął tylko starą gwardię nostalgią do hitów młodości, nie brakowało młodzieży.

Jako support wystąpiła młoda polska kapela Bujaturla. Ich występ był ciekawy, bardzo udany i zgrabnie przygotował na stylistykę gwiazdy wieczoru. Ekipa grała na trzy gitary (choć jedna w roli basu) z perkusją i trzy wokale, z dominującą w tej roli Hanną Went. Nagłośnienie nie pozwalało za bardzo zrozumieć tekstów, linie melodyczne nie zawsze porywały, a nad wokalami jeszcze na pewno warto popracować, niemniej jednak występ był niezwykle energetyczny i pozytywny, a sam – ciepło przyjęty przez publiczność – zespół pokazał dobrą chemię na scenie oraz bogatą muzyczną wyobraźnię i sprawność. Trzymam kciuki!

Już występ supportu pokazał, że w sumie mieliśmy dużo szczęścia, że na dworze panowała temperatura daleka od typowo letniej. W wypełnionej po brzegi, pozbawionej klimatyzacji sali było potwornie gorąco. I niewiele zmienia tu kilka wiatraczków czy otworzone na przeciąg wyjścia ewakuacyjne. Pewnie po każdym koncercie powtarza się, że to cud, że nikt tam nie padł.

Równo o 21 pojawiła się gwiazda wieczoru. Na scenie żadnych ekranów, żadnej scenografii, nawet napisu z nazwą zespołu jako tła. 

Oczywiście od początku całkowitą uwagę skupiał Brett Anderson – szczupły, wysportowany, w eleganckich butach, dżinsach i czarnej koszuli, wyglądający młodziej niż na swój wiek. Zaczął od śpiewania bokiem do zgromadzonych, ale potem coraz mocniej się rozkręcał, ewidentnie pobudzany znakomitą reakcją zgromadzonych. I love it, I love it… – powtarzał niemal przez cały koncert z coraz szerszym uśmiechem. Świetnie się ruszał (z preferencją kierowania się na lewo), w niemal każdym refrenie szukał interakcji z publiką, a co najmniej trzy razy – ku ekstazie publiki – zszedł do niej ze sceny, dając się obściskiwać ze wszystkich stron. W wolniejszych czy bardziej emocjonalnych momentach klęczał, siadał, a June Rain zaczął na leżąco, ku lekkiemu zaniepokojeniu Richarda Oakesa, który wyraźnie sprawdzał, czy lider Suede nie padł ze zmęczenia po kilku intensywnych piosenkach w koszmarnej duchocie. Już po dwóch utworach z jego koszuli można było wyciskać litry potu.

Pozostali muzycy robili swoje, zarazem całkowicie oddali scenę swojemu wodzowi. Najmłodszy z całej brygady, lekko tatusiowaty Oakes, przykuwający uwagę swoją grzywą i jakby fizyczną nieobecnością Neil Codling czy w końcu sekcja Osman – Gilbert, u których najbardziej widać wiek, raczej nie ruszali się ze swoich miejsc, skupiając się na robocie.

Koncert udowodnił, że Suede to nie jest gwiazda odcinająca kupony z lat 90. Oczywiście zadbali o odpowiednie “best of” w repertuarze. Już jako drugie wszystkich porwało Trash, a zaraz po nim Animal Nitrate – usłyszeć ten riff na żywo – coś wspaniałego! Z najntisów poleciało jeszcze b-side’owe Killing of a Flashboy, energetyczne Filmstar i So Young, nieco słabsze dla mnie Metal Mickey i na koniec cudownie rozśpiewane, chóralnie wykonane Beautiful Ones. Publiczność w tych numerach była w euforii, a sam zespół nie wyglądał na znużonego n-tym wykonaniem tych evergreenów. Te numery wciąż błyszczą i nic a nic się nie zestarzały.

Jednak zespół pokazał klasę przede wszystkim repertuarem po reaktywacji. Już numery spoza wczesnego kanonu, z albumu Head Music, mnie zaskoczyły – niesamowicie energetyczne, ciężkie Can’t Get Enough było świetne, ale Everything will flow kupiło mnie w pełni przebojowością, lekkością, radością. Wow!

Prawie połowa setlisty to jednak numery z dwóch ostatnich płyt. Część z nich – jak wspaniale bujający sekcją rytmiczną Trance state – wzbudzała entuzjazm na miarę wczesnych hitów, a co ważne ludzie znali też teksty większości tych numerów. No, przynajmniej refrenów. Z numerów, które wcześniej nie zwracały mojej uwagi, zachwyciłem się Turn off Your Brain and Yell. Wyróżnić chciałbym też jako rewelacyjny otwieracz Disintegrate  ze wspaniałym refrenem. Trochę cięższe, brudniejsze, bardziej gotyckie Suede, z dużą rolą wprowadzającej w trans sekcji rytmicznej, ewidentnie trafia do serc fanów, a teksty ewidentnie rezonują również u tych najmłodszych. 

O tym, jak znakomitym wokalistą jest Brett Anderson i jak potężnym głosem dysponuje,  mogliśmy przekonać się przede wszystkim w czasie ballad. Średnio podoba mi się ich dobór, zespół w dorobku ma według mnie wiele lepszych niż te, co zagrali. W górę ciągnął je właśnie Anderson, o czym szczególnie mogliśmy przekonać się w Life is Golden wykonanym tylko z gitarą akustyczną Oakesa, gdzie pod koniec wokalista zrezygnował nawet z mikrofonu. Najbardziej podobało mi się jednak przejmujące wykonanie June Rain.

Po niespełna 90 minutach koniec. A na bis – dość nieoczekiwanie, i według mnie niezbyt trafnie – The Only Way I Can Love You. Numer ok, ale mając do wyboru dziesiątki lepszych, nie mówiąc już o popularności?

Nie można było wyjść niezadowolonym, choć każdy chciałby coś jeszcze. Ja na przykład We are the pigs i coś z Bloodsports, z którego nie wybrzmiało nic. Bezsprzecznie zadowolony był też sam zespół, co widać było twarzach muzyków, a szczególnie Andersona, który obiecał powrót z kolejnym występem. 

Suede udowodniło, że wciąż artystycznie jest w grze, a britpop to ważny, ale niekoniecznie główny wyznacznik ich kariery. Ich nowe płyty śmiało mogą bez kompleksu stać obok tych klasycznych, z tą zasadniczą różnicą, że nowe utwory nie rezonują już tak mocno w powszechnej świadomości. Nie zabrakło wspomnień, ale widać, że zespół nie ogląda się do tyłu. Wieczór był absolutnie magiczny, nie przegapcie następnej okazji.