
Naszym zdaniem najlepsze: In The Stars, Jealous Lover, Divine Intervention, Side Effects
Wow – co za forma The Rolling Stones!
Współpraca Stonesów z Andrew Wattem ewidentnie tchnęła w zespół nowe siły witalne i twórcze. 36-letni producent najwyraźniej złapał z nimi chemię na miarę tej z Ozzym Osbournem i, podobnie, jak w przypadku tamtej współpracy, także tutaj, druga płyta okazała się jeszcze lepsza niż – przecież bardzo udana – poprzednia.
Foreign Tongues jest bardziej przebojowe, zróżnicowane, dopracowane, równiejsze i po prostu ciekawsze. Ile tu się dzieje!
Zacznijmy od tych najbardziej przebojowych numerów. In The Stars – z chwytliwą wokalizą, pokazuje, że charakterystyczne riffy Richardsa wciąż można opakować takimi aranżacjami i melodiami, że brzmią świeżo i nowocześnie 64 lata po założeniu zespołu. Z kolei Divine Intervention i Side Effects chwytają rewelacyjnymi refrenami. Ten pierwszy od razu wciąga mocną energią i zachwyca nas także przepysznym fragmentem pod koniec, kiedy wchodzą dęciaki. Ten drugi mocniej przypomina klasyczne, rockowe hity zespołu i ciekawie się rozkręca, na bazie klimatycznego riffu.
Pierwszorzędne są również spokojniejsze numery. Rasowy soul w stylu lat 70. w Jealous Lover, gdzie Jagger zaskakuje bardzo dobrym falsetem, country’ujące i opowiadające w korzennym stylu USA o miłości do tego kraju Ringing Hollow czy chyba najmocniej zaskakujące, najprostsze Some of Us – zdecydowanie najlepszy numer śpiewany przez Richardsa od daaaawna (skądinąd skomponowany w roku 1984). Wszystko to brzmi, jakby czas się zatrzymał i słuchalibyśmy płyty z najlepszych dla rocka lat. Stonesi błyszczą też w Back in Your Life, Covered In You czy mocno naznaczonym własnym stylem coverze numeru Amy Winehouse – You Know I’m No Good – prostych, spokojnych, bazujących na rockowej esencji. Takich, gdzie siłę stanowią głębokie emocje w znakomitym wciąż głosie Jaggera oraz gitarach Richardsa i Wooda. Okazuje się, że umarły gatunek wciąż ma się dobrze, jeśli tylko za granie zabierają się ci, którzy jego elementarz czują w trzewiach.
Niewątpliwie właśnie te najintensywniej korzenne, rockowe numery na płycie błyszczą najjaśniej. Bo jest i część bardziej nowoczesna, rozkrzyczana. Już na dzień dobry – zaczynają z pewną taką nieśmiałością i dość konserwatywnie w bluesowym stylu, fajnie rozpędzającym się po surowym początku Rough and Twisted. Pod koniec utworu robi się już jednak odrobinę za gęsto, a słuchacza atakuje dość solidna ściana dźwięku i różnych instrumentów, przez co w tle giną smaczki, jak solówki znakomitego klawiszowca Steve’a Winwooda. Podobna sytuacja w pulsującym, tanecznym Mr Charm z żeńskimi chórkami bardzo w stylu poprzedniego albumu i wyjątkowo intensywnym Hit me in the head. Tu już można czuć się przytłoczonym, brakuje wytchnienia czy uwypuklenia zgrabnych melodii. Czułem się jakbym słuchał krzykliwych hitów Bon Jovi z lat 80., gdzie instrumenty niespecjalnie przebijały się przez nieustanne rytmiczne okrzyki. Według mnie Watt ciut za bardzo tu zaszalał.
Warto podkreślić, że na płycie roi się od doborowych gości. Zarówno jednak Paul McCartney, Bruno Mars, Chad Smith, jak i Robert Smith wspierają zespół dość dyskretnie, a najmocniej wybija tu i ówdzie wkład Steve’a Winwooda. Wspomnijmy też, że Hit me in the head to piosenka nagrana jeszcze z udziałem Charliego Wattsa.
Podobnie jak poprzedni album (ale i ostatnią płytę Osbourne’a) album zamyka korzenny blues, tym razem numer, który Stonesi już coverowali… w 1964 roku, z repertuaru Chucka Berry’ego. Ot, taki pomysł Watta, na dobre zakończenie i puentę. Mam nadzieję jednak, że Stonesi przesuną kolejne granice i będą kolejne nowe numery!
Czepiać się mogę w zasadzie tylko nieudanej okładki. Płyta stanowi bowiem jej całkowite zaprzeczenie – świeża, pełna energii i zapału. Od dawna nie słuchałem też takiej, która mając 14 numerów i trwając ponad godzinę, ani chwilę nie pozwala słuchaczowi na nudę. Rock’s not dead! Młodzieży, do roboty!