Deep Purple – Splat! (2026)

3.5 out of 6 stars

Naszym zdaniem najlepsze: Arrogant Boy, Diablo, The Lunatic

Nie da się ukryć, że znaczenie Deep Purple ostatnimi laty mocno podupadło. W przeciwieństwie do wielu innych rockdinozaurów, zespół nie był w stanie wskrzesić wokół siebie większego zainteresowania, zdobyć nowej bazy fanów. Sam szyld nie robi już w zasadzie na nikim wrażenia, pozostając wyblakłym echem dawnych czasów, a wielkie hity i płyty z lat 70. wydają się zaskakująco pokryte kurzem i powszechnie zapomniane. Patrząc z perspektywy czasu, okres niemal trzech dekad ze Stevem Morsem na gitarze okazał się rozczarowujący, mimo że ten skład zaczął z wysokiego C płytą Purpendicular, to coraz mocniej tonął w przeciętności, wydając płyty solidne, które mało kogo ruszały i obchodziły. Zmiana w 2022 roku gitarzysty na Simona McBride w zasadzie przeszła bez echa, a wydana w nowym składzie =1 wydawała się ostatecznie pieczętować wieko skrzyni, gotowej do wyniesienia na rockowy strych.

Tymczasem Splat! zaskakuje. Oto zespół dinozaurów, w którym – nie licząc 47-letniego gitarzysty – średnia wieku muzyków wynosi 79.5 lat (sic!), znów solidnie daje do pieca! Oczywiście, pierwsze podejrzenia należy kierować w stronę wokalisty. Ian Gillan pokazuje jednak, że trzymając się w ryzach odpowiednich rejestrów wciąż ma w sobie to coś i swobodnie, z ikrą śpiewa przez cały album, tak że słuchacz nie ma poczucia obcowania ze zdziadziałym hard rockiem. Co ważne, nie czuć też sztuczek studyjnych, te słyszymy jedynie w Guilt’ Trippin’, gdzie trzeba było zaśpiewać ostrzej i wyżej, a w efekcie wyszło to po prostu fatalnie. 

Główni bohaterowie płyty to wspomniany McBride i Don Airey. Słychać między nimi chemię już od samego początku (znakomite partie solowe w Arrogant Boy), ale błyszczą później. Północnoirlandzki gitarzysta zachwyca solówkami, zwłaszcza pod koniec, gdzie dostał więcej przestrzeni (Third Call, My New Movie), ale nie tylko (bardzo ładna melodia w The Only Horse In Town). Z kolei Airey gra chyba najlepsze partie od lat, w końcu na miarę tego, co wszyscy od niego w Purplach oczekiwali. Jego zagrywki skrzą się od pomysłów również pod kątem dobieranej palety brzmień i instrumentów. A to wplata fragmenty Bacha (My New Movie), a to czaruje delikatnym, klasycznym klimatem (Guilt’ Trippin’). A jak panowie wspólnie serwują czadowe początki Lunatic i Diablo, to przypominają się najlepsze czasy zespołu.

Deep Purple oczywiście wędrują po sprawdzonych szlakach, natomiast pozytywna energia, wyraźnie słyszalna między muzykami chemia, wyciągają utwory ze Splat! znacząco ponad średnią. Frenetyczny Arrogant Boy, przebojowy i pełen ikry Diablo – początek porywa zadziornością. A ta energia trzyma się w zasadzie do końca, bo ballad tu nie uświadczymy, choć są udane numery w średnim tempie jak Rider.

W tekstach Gillan pozostaje sobą, serwując różnorakie historie, o koncertowym riderze, Bogu, komputerze, z angielskim poczuciem humoru, momentami wujkoweselnym, lekko nie pasującym do 2026. Ale i to ma swój urok.

Oczywiście, znów chciałoby się lepszej selekcji numerów, natomiast absolutnie nie ma co narzekać.

Ukłony dla dziadków!