Scorpions, Torwar, Warszawa, 09.11.2002 r

Kto: Irina Biłyk, Scorpions
Gdzie: Torwar, Warszawa
Kiedy: 09 listopada 2002 r.

Artykuł oryginalnie opublikowany na scorpions.pl 15.11.2002 r.

Setlista:

Intro: Hurricane 2000

  1. Coming Home
  2. Bad Boys Running Wild
  3. The Zoo
  4. We’ll Burn The Sky
  5. Loving You Sunday Morning
  6. Tease Me Please Me
  7. Coast To Coast
  8. Always Somewhere
  9. Holiday
  10. You And I
  11. No One Like You
  12. Matthias Jabs Solo
  13. Big City Nights
  14. Dynamite z solo Jamesa Kottaka
  15. Blackout

BISY:

16. Wind Of Change
17. Still Loving You
18. Zawsze tam gdzie Ty (na gitarze Jan Borysewicz, śpiewał Dariusz Michalczewski)

DRUGI BIS:
19. When The Smoke Is Going Down

Na koncert Scorpions wybierałem się pełen ambiwalentnych odczuć – z jednej strony entuzjazm i ogromne podekscytowanie (nareszcie miałem zobaczyć na żywo jedną z moich ulubionych kapel), z drugiej dosyć mocny niepokój: czy wciąż są w stanie dawać znakomite koncerty, czy zagrają „stare klasyki”, czy przyjdzie więcej niż garstka ludzi, czy wszystko będzie zorganizowane jak należy (a obawiać się tego zacząłem z chwilą gdy zobaczyłem kto jest organizatorem koncertu). Wątpliwości miałem sporo, ale w duchu wierzyłem, że wszystko będzie jak należy. Jednak to, co zdarzyło się dnia 9 listopada roku pańskiego 2002 w Warszawie w hali o wdzięcznej nazwie Torwar, przeszło moje najśmielsze oczekiwania…

Do rzeczy… W otoczeniu epsilonowym Torwaru, zjawiłem się już około godziny 13, a to ze względu na spotkanie Polskiego FanKlubu Scorpions. Niestety z przyhalowej z kawiarenki szybko nas wyrzucono (proszę stąd wyjść, łyżwiarze nie mają gdzie usiąść i zjeść w spokoju obiad), a pobyt w holu Torwaru także okazał się tylko chwilowy (proszę opuścić to miejsce, już zamykamy). I tak kilka minut po 14 cały fanklub et consortes znalazł się na dworze. O pogodę proszę mnie nie pytać. Zimno jak w psiarni, wiatr, dziadek mróz, śnieg i diabli wiedzą co jeszcze… Do planowanego otwarcia bram jeszcze 3 godziny. Och, jakże było zimno. Na szczęście jakoś to zleciało, na nudę chyba nikt nie narzekał (dodatkowe atrakcje zapewnił nam m.in. pewien upragniony spotkania z zespołem fan, ale to temat na oddzielny felieton). Ku mojemu przerażeniu, ludzi była garstka, ale jak się później okazało wszyscy – jak to w Polsce – przyszli na ostatnią chwilę.

Punkt 17 miały zostać otwarte bramy. I tu dopiero zaczął się sajgon. Wszyscy mieliśmy okazję zapoznać się jak perfekcyjnie organizuje koncerty firma MAMA Music i po raz n-ty przekonać się o uprzejmości i niesamowitym poczuciu humoru polskich ochroniarzy… Cóż, spod dachu wyrzucono nas na deszcz, gdzie staliśmy prawie godzinę, obserwując jak organizatorzy przyklejają na drzwiach plakaty, ustawiają bramki wejściowe itp. Szkoda gadać. Kiedy w końcu otworzono bramy Torwaru, większość z nas był zmarznięta do szpiku kości. Okazało się, że to jednak nie koniec niespodzianek. W środku czekała nas 1 (słownie: jedna) bramka wejściowa. Brawo za wyobraźnię! Oczywiście otworzono ją po kolejnej pół godzinie, dzięki czemu doskonale poczułem, co oznacza wściekły, zziębnięty tłum napierający z furią ku wejściu… Co prawda było wytłumaczenie i jeden plus tej sytuacji – akurat odbywały się próby zespołów. Mieliśmy więc przedsmak tego, co miało się dziać. Scorpions wykonali Rock You Like a Hurricane, Biłyk przeraziła ludzi perspektywą supportu, a zdziwienie ogarnęło większość obecnych kiedy usłyszeli akordy wielkiego hitu grupy Lady Pank Zawsze tam gdzie ty, czyżby oni też mieli być supportem? Niektórzy najwyraźniej już wiedzieli co jest grane i dziwnie się uśmiechali, wokal brzmiał jakoś dziwnie, ale o tym później…

Ważne, że w końcu nas wpuścili, a ja zająwszy z całym fanklubem Scorpions pierwszy rząd – tuż przy barierkach ze stoickim spokojem zacząłem oczekiwać koncertu. Około 19.30 zgasły światła, ciemno jak wiadomo w czyich czterech literach, a na scenę wbiegła Irina Biłyk – osoba u nas nieznana. Zespół jej towarzyszący wyglądał dosyć groteskowo – pierwszy gitarzysta (grał na akustyku), wyglądający jakby przybył wprost z lat 60. (fryzura a’la młody Paul McCartney), drugi gitarzysta jakby wprost z horroru, ubrany w spódnicę, jakąś dziwaczną koszulę i glany – image a’la Marilyn Manson. Perkusista, klawiszowiec oraz pani z chórku nie zwracali na siebie jakieś szczególnej uwagi – basisty – o dziwo – w składzie zabrakło.

„Biłyk band” zaprezentował nam 4 bardzo podobne do siebie (choć trzeba przyznać melodyjne) utwory utrzymane w klimacie pop-ludowym. Muzycznie było to dosyć chałturnicze, wokalnie też bez szału. Dynamiki i osobistego wdzięku odmówić tej pani jednak nie można, starała się jak mogła – jednak publika zgromadzona w Torwarze z pewnością nie przyszła słuchać takiej muzyki, także nic dziwnego, że jej krótki, około 20 minutowy, występ nie wzbudził praktycznie żadnych emocji i pozostawił albo zdziwienie albo niesmak. Pozostało oczekiwanie na Scorpions

I w końcu o 20.15 znów nastały egipskie ciemności, z głośników popłynęły dźwięki intro do Hurricane 2000, a głos z taśmy ryknął: Ladies and Gentlemen, please welcome THE SCOOOOOORPIOONS !!!! W tym momencie wbiegli na scenę, Rudolf rozpoczął Coming Home, a ja poczułem to samo co kilka miesięcy temu w Katowicach, kiedy Ozzy Osbourne wbiegł na scenę z nieśmiertelnym I can’t fuckin’ hear you, a Zakk Wylde zaczął I Don’t Know. Och, tego uczucia nie da się opisać…

Coming Home odegrali tylko do połowy, po zakończeniu Klaus wydarł się coming home to Warsaaaaaw, po czym Jabs wbiegł na środek i zaintonował nieśmiertelny wstęp do Bad Boys Running Wild. Co za potęga! W refrenie darliśmy się wszyscy, a ja już wiedziałem, że koncert będzie niesamowity – tym bardziej, że stałem tuż przed Rudolfem i Ralphem – to niesamowite oglądać koncert z takiej perspektywy, móc spojrzeć Im w oczy, widzieć każdy najdrobniejszy szczegół, każdy ruch…

Poleciało nieśmiertelne The Zoo – szał uniesień, wszyscy klaskali, na twarzy muzyków widać było pierwsze uśmiechy. Cóż, w końcu przekonali się, co znaczy polska publiczność – drugiej takiej nie ma nigdzie (co prawda nie można powiedzieć tego o ekipie z „siedzących”, ale o tym później). Wszyscy śpiewali (ba, darli się wniebogłosy) wraz z zespołem każdy utwór, atmosfera była niesamowita. I co najlepsze, a rzadko to się zdarza, panowała pełna kultura i porządek. Niespotykana sprawa…

Po The Zoo Klaus wzbudził aplauz wydzierając się łamaną polszczyzną dziękuję, i dobry wiecar Warsawa !!! Muzycy dali się ponieść emocjom i już do końca koncertu oglądaliśmy ich szalejących i bawiących się równie dobrze, jak zgromadzona publika. Prym wiedli Rudolf i Klaus. To niesamowite – jak wiele w nich jest pasji i energii. Rudolf praktycznie przez cały koncert miotał się i szalał po całej scenie (przy okazji zaprezentował nam swoją sporą kolekcję Flyingów V), a Klaus w niczym mu nie ustępował (biegał z tamburynem odgrywał solówki na wyimaginowanej gitarze – szkoda tylko, że nie był bardziej elekwentny…). Matthias urzędował głównie po prawej części sceny (co nie znaczy, że nie „zapuszczał” się w inne rejony). Ralph ograniczył się do śmiesznych ruchów i kroczków na trasie: perkusja Jamesa i powrót, a James okazał się równie wielkim szołmenem jak zwierzak z muppetów, a na dodatek świetnym wokalistą (najwięcej z wszystkich udzielał się w chórkach).

Tuż po The Zoo nastąpiło „coś”, na co najbardziej czekała żeńska część publiczności – genialne We’ll Burn The Sky. Kiedy po lirycznym wstępie nastąpił eksplozja w refrenie, publiczność wpadła w trans – coś niesamowitego. Szkoda tylko, że nie zagrali już później ani jednego utworu ze swego wspaniałego i najlepszego dorobku z lat 70… Ale jak tu narzekać, jak Rudolf zaczął riff do Loving You Sunday Morning (co ciekawego w czasie całej trasy ten utwór zagrali tylko u nas), a już po chwili wjechało Tease Me Please Me i monumentalne, instrumentalne Coast To Coast grane na 3 gitary (dołączył się Klaus) – utwór który po prostu wgniata w ziemię. W tym momencie całkowicie opadłem z sił, na szczęście Rudolf i Matthias chwycili za gitary akustyczne, a Klaus zapowiedział przepiękną balladę Always Somewhere i można było „odpocząć” wsłuchując się w perfekcyjny głos Klausa (nie ma wątpliwości, że wciąż jest w niesamowitej formie). Po chwili kolejna ballada z genialnego albumu LovedriveHoliday (tradycyjnie, krótsza wersja), której końcówkę Klaus odśpiewał a’capella wraz z publicznością, a następnie zmierzył się z publiką w tradycyjnym metalowym pojedynku frontmen versus fani. Tradycyjnie – fani przegrali, a Klaus po raz kolejny pokazał jak duże ma możliwości głosowe. Po chwili następna ballada – You And I – słaby i sztampowy utwór, który niespodziewanie wypadł znakomicie. Nie zmienia to jednak faktu, że z dużą większą przyjemnością posłuchałbym In Your Park czy In Trance. Ale, jakie to ma znaczenie…

Nadszedł czas na pierwszy w megahit w historii zespołu – No One Like You (ach ta solówka), po którym na scenie pozostał tylko Jabs i jego Gibson Explorer – nadszedł czas na solo. Troszeczkę zabawy wajchą, kilka ciekawych sztuczek, sprint po gryfie – ogólnie całkiem pozytywnie, choć krótko. Na sam koniec Matthias, wyraźnie zadowolony z reakcji publiczności, zaczął biegać po scenie strzelając różne śmieszne minki, do czasu kiedy wbiegł Rudolf i ruszył z Big City Nights. Publika oszalała, a mnie udało się w tym czasie złapać jedną z rzucanych przez Klausa pałeczek do perkusji. Nie zdążyłem jednak ochłonąć bo oto jeszcze bardziej – nomen omen – dynamiczny Dynamite, który po pewnym czasie przerodził się w solo Jamesa. Brak słów… James objawił się jako najbardziej zwariowany członek zespołu i jednocześnie najlepszy perkusista w całej jego historii. Szaleńcze, prawie 10 minutowe solo, okraszone przez Kottaka rozbiciem butelki Heinekena na głowie, porwało całą publikę. Jakby tego mało po chwili na scenie pojawił się Rudolf w masce identycznej jak z okładki albumu Blackout i zaczął ten niesamowity riff do utworu tytułowego… Ach… Zeszli. Ze sceny.

Koniec? Nie, no wiadomo przecież, że czekają nas jeszcze dwa bisy. Ale cóż, obowiązek – obowiązkiem. SCORPIONS, SCORPIOOONS, SCORPIOOOOOONS !!!!! Nie czekaliśmy zbyt długo i już po chwili raczyliśmy się dźwiękami największego hitu zespołu – Wind Of Change. W tym momencie nawet statyczna i niezbyt do tej pory aktywna publiczność z siedzących – powstała i ruszyła w tany. Po końcowym gwizdaniu Klaus poprosił publikę z pierwszego rzędu o przekazanie jednej z flag z napisem POLAND 2002 SCORPIONS – Still Loving You, przygotowanej przez jednego z najwierniejszych i najbardziej oddanych fanów zespołu – niejakiego Wolfa (gratulacje !!). Klaus owinął się we flagę, a zespół rozpoczął Still Loving You. Kiedy Rudolf odegrał tą niesamowicie piękną kończącą solówkę, z przykrością oczekiwałem na When The Smoke… i koniec koncertu, a tu nagle Klaus zapowiedział niespodziankę: Please welcome our friends mr. Jan Bo and Darius Michalllceski. Ku zaskoczeniu wszystkich na scenie pojawił się Borysewicz ( w oryginalnym ubiorze, pożyczonym, chyba od Jabsa wracającego) i sam „Tiger”, którzy przy zagrzewających publikę do zabawy Scorpionsach wykonali Zawsze tam gdzie ty (brawa dla Darka). Owacje na stojąco! It’s Rock You Like A Hurricane. AAAAAAAAAA !!!. Totalny odlot, pod sceną kocioł, na scenie zabawa w najlepsze, Michalczewski przekomarzający się z członkami zespołu, szalejący Rudolf. I w końcu – solówka Matthiasa. Ooooojaaaa! Zeszli za kulisy?? Co jest ? Wracać, do cholery wracać !!! SCORPIONS, SCORPIONS, SCOOOOOOORRRRRRRPPPIIOOONNNSSSS !

Są. Klaus z kartką. Czyta podziękowania dla „crew” i wygłasza mowę pożegnalną (był to ostatni koncert z całej trasy), nadszedł czas na When The Smoke Is Going Down. Cudowne zakończenie. Na sali gromkie DZIĘKUJEMY, DZIĘKUJEMY. Cały zespół zatrzymał się przed zejściem ze sceny i z niesamowitą radością na twarzach i błyskiem w oczach przyglądał się polskiej publiczności… To już koniec. NIEEEEEEEEEE ! Ech, trudno i tak już nie miałem siły. Lepiej chyba być nie mogło…

Och, co był za koncert… Nie da się tego przelać na papier – w każdym razie próbowałem.

Zespół w niesamowitej formie – Klaus śpiewał czysto i perfekcyjnie, duet Schenker – Jabs imponował zgraniem, dokładnością i świetną techniką, a sekcja rytmiczna udowodniła, że technicznie jest chyba najlepsza w całej historii zespołu. Nie mam już wątpliwości, że jest to jeden z najważniejszych zespołów w całej historii hard rocka… Tylko czekać na nowy album…