Ozzfest 2002, Spodek, Katowice, 29.05.2002 r

Kto: AntiProduct, Decapitated, Slayer, Tool, Ozzy Osbourne
Gdzie: Spodek, Katowice
Kiedy: 29 maja 2002 r.

Artykuł oryginalnie opublikowany na ozzy.rockmetal.art.pl w 2002 r.

Och, co to był za dzień ! Spełniło się jedno z moich największych muzycznych marzeń – byłem na koncercie Ozzy’ego Osbourne’a! Widziałem go na żywo i to z Zakkiem na wiośle!! A przecież „przy okazji” dane mi było zobaczyć także Slayera i Toola.

Do rzeczy. W Katowicach byłem ok 16 (11 godzin jazdy z wieloma przygodami – przy okazji pozdrawiam Ewę z Gorzowa) i po krótkiej odprawie technicznej w hotelu, ubraniu odpowiedniego stroju wyruszyłem na poszukiwanie Spodka. A, że z nieba lało niemiłosiernie, a miasto nie było mi znane, na miejsce dotarłem zmoczony, tak jest, do przysłowiowej suchej nitki…

Przed Spodkiem oczywiście spory tłumek. Uwagę zwracała dosyć spora liczba tzw. „weteranów” i dzieciaków. Dawno nie widziałem koncertu, na którym kręciłoby się tylu podstawówkowiczów i gimnazjalistów. Co ciekawe, to głównie młodzi gniewni przybyli na Ozzy’ego, zdecydowana większość ubrana była w koszulki Slayera bądź Toola. Klientów z t-shirtami AntiProduct nie zobaczyłem…

Spodek, jak spodek. Jeden z nielicznych obiektów w Polsce nadających się na koncerty. W środku typowa garmażerka, piwko no i stoisko z gadżetami. Ceny koszulek, naklejek, czapeczek skutecznie odstraszały potencjalnych klientów.


Kiedy dotarłem na płytę, grał akurat Decapitated (wcześniej Anti-Product). W ich występie szczególne wrażenie na mnie i otaczających mnie obserwatorów zrobiła gra gitarzysty – niejakiego Vogga – ten pan nie tylko perfekcyjnie wydobywał z gitary serie z armat i CKM-ów, ale także zagrał kilka świetnych melodii i quasisolówek. W każdym razie 20-minut występu było idealnie wymierzone – zaspokoiło nielicznie obecnych fanów death metalu i zaciekawiło innych. Ja w każdym razie będę z ciekawością śledził ich dalsze losy…

Niemal natychmiast po zejściu ze sceny reprezentantów Polski (zdecydowanie bardziej perspektywicznych niż orłów Engela), pojawiła się na scenie mafia w koszulkach „Crew” i bardzo szybko uprzątnęli scenę, znosząc sprzęt pierwszej gwiazdy wieczoru – Slayera. Pod tym względem – szacunek dla organizatorów, wszystko przebiegało sprawnie i szybko. Nie zdążyłem się rozejrzeć za znajomymi gdy zgasło światło i poleciały dźwięki intra z najnowszej płyty zespołu – God Hates Us All. Tłum zareagował natychmiastowo. Z tyłu powstała banda tak zwanych „twardzieli”, wyglądających jak klony Kerry’ego Kinga i zgodnie z zasadą „Show No Mercy” wyruszyła pod barierki tratując wszystkich znajdujących się na ich drodze. W czasie ich wędrówki, zapaliły się światła. I pojawili się. Środek – Tom, po jego prawicy Jeff, a po lewicy Kerry (w mordę, on ma biceps większy od głowy – rzekł stojący obok mnie fan). Z tyłu zasiadł, tak, tak, sam Dave Lombardo. Niektórzy nie mogli w to uwierzyć i dało się słyszeć pierwsze spory, ale nie trwały długo gdyż od razu chłopaki pojechali z Disciple i po niecałej minucie cały spodek wydzierał się: God Hates Us All (ufff, ależ groźnie to wyglądało), a na twarzy muzyków widać było pierwsze uśmiechy. Po odegraniu tego utworu Tom Araya raczył powiedzieć Good Evening i jednocześnie grzecznie poprosił publikę o odsunięcie się od barierek. Publiczność prośby olała, więc Tom zaczął wrzeszczeć, ale w odpowiedzi usłyszał tylko gromkie Slayer, Slayer. Na jego twarzy pojawił się uśmiech, Hanneman z radości aż się świecił, a Kerry ze stoickim spokojem obserwował fanów. Wokalista podziękować za powitanie raczył, a następnie poleciało War Ensemble. Potem Tommy kilkakrotnie próbował jeszcze prosić o odsunięcie się, ale w końcu dał sobie spokój. ZagraliThreshold , Postmortem i w końcu Raining Blood (ach ten riff), który wzbudził ogromny aplauz. Na płycie totalne szaleństwo, co chwila słychać było gromkie oklaski i groźne okrzyki „Slayer”, „Slayer”. Chłopaki byli bardzo zadowoleni. Araya nawiązał wspaniały kontakt z publiką, co chwila coś wykrzykiwał i raczył nawet wygłosić krótki monolog, który niestety mało kto zrozumiał. Lombardo i Hanneman wyglądali na zaskoczonych takim przyjęciem, a Kerry jak to Kerry odwdzięczył się wspaniałą grą i machaniem łysą makówką. Do końca leciały już tylko same hiciory: Hell Awaits, Stain Of Mind, Dead Skin Mask, Mandatory Suicide, Chemical Warfare no i oczywiście South Of Heaven i Angel Of Death. Nie ma co się tu rozpisywać, to było po prostu wspaniałe przeżycie. Mało, który zespół zapewnia taką dawkę energii, a z pewnością tylko Araya potrafi tak pięknie się wydzierać… Jedyne, co mi się nie spodobało, to solówki. Nie, nie, odegrane były perfekcyjne, ale po prostu jakoś większość solówek tego zespołu do mnie nie przemawia. Na koniec Dave wyrzucił cztery pałeczki, gitarzyści pozbyli się kostek, tudzież piórek i zeszli ze sceny. Spojrzałem na zegarek, zagrali godzinę z hakiem, a zatem wszystko szło zgodnie z „rozkładem jazdy”. Oczywiście znalazła się grupka niezadowolonych z zakończenia koncertu Slayera , która natychmiast dobrała się do osobników młodszych, tudzież mniejszych aby udowodnić im raz na zawsze, żeSlayer wspaniałym zespołem jest.

Ogólnie koncert Slayera wypadł rewelacyjnie i ku mojemu zaskoczeniu podobał mi się bardziej, niż zeszłoroczny występ w Polsce innej gwiazdy thrashu – Megadeth.

Po Slayerze 20 minut przerwy i znów ciemno wszędzie, głucho wszędzie. Na scenie nie pojawiły się jednak żadne widma, ale zespół Tool. No tak, zapomniałem dodać, że po występie Slayera „Crew” wynieśli kilka głośników, wzmacniaczy i piecyków, a w zamian dwa duże ekrany zainstalować raczyli. Ustawili też jeden mniejszy ekranik, wielkości mniej więcej standardowego telewizora stojącego w przeciętnym domu przeciętnego mieszkańca naszego kraju. W międzyczasie przed oczami stanęły mi lata młodości i czasy wyświetlania bajek w projektorze-rzutniku o wdzięcznej nazwie „Ania”. Miłym akcentem był utwór-skecz Franka Zappy What Ever Happened to All The Fun in the World puszczany w czasie przerw.

Do meritum. Tool. Na samym przedzie sceny stanęli gitarzysta Adam Jones i basista Justin Chancellor , obok Justina perkusista Danny Carey a z tyłu, na tle tego „mniejszego ekranika” schował się, ubrany w strój topless, Maynard James Keenan… Zaczęło się mocno – The Grudge – na ekranach, charakterystyczne turpistyczne sceny, z głośników charakterystyczna transtoolowa muzyka, instrumentaliści statyczni i niewzruszeni jak głazy, a na tle mniejszego ekranu miotał się pochylony pan Keenan. I tak już było do końca. Publika, chyba mocno zmęczona po Slayerze, statycznie, z pełnym pietyzmem obserwowała występy muzyków. Ci zagrali całyLateralus i tylko jeden kawałek z innych krążków – Stinkfist. Oczywiście największe ożywienie panowało podczas kawałka The Schism – chyba jedynego który znali wszyscy obecni w spodku.

Kontakt z publiką ? Toolowski ! Na początek Good Evening, na koniec Thank You. Next Ozzy. Największą ciekawostką występu było pojawienie się pod koniec koncertu Dave’a Lombardo, który wspólnie z Dannym Careyem i przy akompaniamencie reszty bandu, pokazał jak powinno grać się na perkusji. W tym czasie prawie cała publika zahipnotyzowana słuchała tej improwizacji (???). Prawie cała, bo ja na przykład z niepokojem patrzyłem na zegarek, oczekując występu Ozzmana. Faktem jest, że byłem już niesamowicie zmęczony (ach ten Slayer)…

Tool zakończył utworem tytułowym z nowej płyty i zniknął ze sceny. I cóż rzec mogę ? Podobało mi się i tyle. Było w tym na pewno trochę magii, choć osobiście uważam, że tej muzyki lepiej słucha się w domowym zaciszu.

Ale potem już tylko Ozzy. Patrzę na zegarek – zostało według planu 10 minut. Chwila odpoczynku. Czekam. Czekam. Schodzą się ludzie. Dużo ich. Bardzo dużo. Okazało się, że niektórzy nie raczyli przyjść na Toola i Slayera (co za ludzie !!!) i czekali tylko na Ozza. Nagle: buch, nogi w ruch. Wstaję. Gasną światła. Ciemno. Leci Carmina Burana. Dreszcze na całym ciele. Wchodzą: Sinclair, Bordin, Trujillo (uuu, nabrał masy mięśniowej), Zakk. Ciemno. I can’t fuckin hear you! Ozzy, Ozzy, Ozzy, Ozzy, Ozzy, Ozzzzy, Ozzzzzzzzzyyyyyyyyyyyyy odpowiada rozgrzany tłum. Wbiega. AAAAAA ! Nogi się pode mną ugięły, ścisk w żołądku, to niemożliwe. Zakk zaczyna riff I Don’t Know. Wydzieram się w niebogłosy, z przykrością zauważam, że koło mnie mało kto zna tekst, więc pcham się do przodu. Kocioł. Pełno grajków na wyimaginowanych gitarach wyśpiewujących każde słowo, dołączam do nich i ja. A Ozzy, zgodnie z tradycją, pokazał kawałek tyłka. Dziewczyny piszczą.

Solo – Zakk jesteś wielki !!! Ozzy śpiewał perfekcyjnie, a wyglądał i na scenie poruszał się doskonale. To niesamowite, jaką metamorfozę ten człowiek przechodzi na scenie. Chyba nikt się nie spodziewał, tak dobrego wokalu (choć oczywiście nie obyło się bez kilku dodanych efektów). Z kronikarskiego obowiązku informuję o ubiorze: czarny quasidres z malinowymi krzyżykami. Zgodnie z zasadami średniowiecznymi po prawej stronie krzyżyki tradycyjne, po lewej obrócone. Wyglądało intrygująco, ale tu przecież nie o to chodzi. This is the song call War Pigs. Nie, nie było dośpiewywania co drugiej zwrotki, śpiewaliśmy wszystko. Bordin uśmiechnięty, Trujillo również, Zakka twarzy nie widać, Ozzy zachęca do klaskania. No i oczywiście, polewa publikę z armatki wodnej (miał do dyspozycji dwie) tudzież z wiaderka. Siebie oczywiście też oblać nie omieszkał. Śmigus-dyngus trwał, ma sie rozumieć, cały koncert. Ozzy bardzo zadowolony.This is the song call Believer. To największe zaskoczenie tegorocznego Ozzfestu. Koncertowa wersja jest po prostu doskonała. No i w końcu wiemy jak gra to Zakk. Ozzy zadowolony. Nie pamietam czy teraz, czy później rzekł: „Nice to see you in Poland, I should come here more often, yeahhh ? Yeahhhhh – ryczy publika i skanduje imię wokalisty. Ozzy promieniejący z radości, tradycyjne i nieśmiertelne I can’t fuckin’ hear you. Tylna kurtyna opada. W tle pojawia się obraz ukrzyżowanego wokalisty z okładki Down To Earth. Teraz That I Never Had. Szał uniesień. This is the song call Mr….. Crowley. Co prawda nie było let me see your fuckin’ cigarettes’ lightning, ale skubany kazał czekać. No w i końcu. Miiiiiiiiiiiiiisteeeerrrr Crrrrrroooooowleeeey Wow, co za wykonanie. No i te dwa przepiękne sola. Kto tak teraz gra? Zakk z pełnym szacunkiem odegrał wspaniałe sola wymyślone przez nieodżałowanego Randy’ego Rhoadsa.

Dalej. This is the song call Gets Me Through. Przyjęty znakomicie, choć moim zdaniem, to najgorzej zagrany utwór tego wieczoru. I koniec utworów z nowego „krążka”. Szkoda, że zabrakło Junkie, ale nie o co kopii kruszyć. Prezentacja składu: Mr taki, Mr taki, mr Taki, mr Taki och I’ve forgotten: mr Zakk fuckin’ Wylde! Suicide Solution, a po chwili solo Zakka. 5 minut pseudoimprowizacji. Szkoda, że Zakk od dawna gra to samo… Ale jak tu można narzekać. Było i granie za plecami i zębami. I fragment z Live and Loud i Eruption. Publika rozgrzana do czerwoności, skanduje teraz imię gitarzysty. Zakk nieźle podjarany, dał się ponieść emocjom. Wraca Ozzman: No More Tears. Louder, louder people. Wśród publiki brakuje już sił, a tu Bordin zaczyna wystukiwać znajomy rytm. Już wszyscy wiedzą, co się święci. Nawet ci z siędzących powstali. I am iron man. Tego się nie da opisać. Kulminacyjny moment wieczoru. Dla ochłody poleciało więc Road To Nowhere i I Don’t Want To Change The World i Ozzy mówi, że grają ostatni utwór, chyba że się postaramy. OOOOOOOOoooon theeeeeeee boooooooooaaaaaaarrrrrdd. Tak, tak, Crazy Train. Choć nadal będę się upierał, że ten utwór najlepiej brzmi w wersji studyjnej, to tu wypadł genialnie. Solówkę odegrali chyba wszyscy. Schodzą. Wracać ! Natychmiast ! Są. Paranoid. Siedem tysięcy ludzi w amoku. Ale tylko trzy minuty. Panowie, już ???? A Bark at the Moon, Miracle Man. Buuuuuuu ! Puścili z taśmy Dreamer, zapalil światła. Koniec? Nieeeeeeeee ! Ale co tu narzekać, było świetnie, niesamowicie.

Kiedy o tym piszę, znów tam jestem. Będę miał co opowiadać wnukom. Byłem tam i zapamiętam to do końca życia!