Kto: Black Label Society, Disturbed, Crazy Town, Linkin Park, Papa Roach, Slipknot, Black Sabbath i inni
Gdzie: The Docks, Toronto, Kanada
Kiedy: 24 lipca 2001
Artykuł oryginalnie opublikowany na ozzy.rockmetal.art.pl w 2001r.
Na ten koncert czekałem od dawna. Jestem fanem Ozzy’ego już od wielu lat, jednak dopiero teraz miałem okazję zobaczyć go „na żywo”. 24 lipca w Toronto był koszmarny, nie – wcale nie padało, wręcz przeciwnie, skwar był niemiłosierny. Temperatura przez cały dzień wahała się w granicach 40 stopni. Trudno, taki urok Toronto. W każdym razie lepsze to, niż deszczowe lato, prawda?
Do „The Docks” dotarłem o godzinie 12. Całe show zaczęło się natomiast już od 10. Zabieg ten był celowy, bo do godziny 14 swoją muzyką „raczyły” nas młode zespoły, których nazwy nikomu nic nie powiedzą. Miałem okazję wysłuchać kilku, jednak żaden nie zrobił na mnie wrażenia. Muzyka każdej z kapel, w mniejszym lub większym stopniu inspirowana była czołowymi kapelami nu metalu. Nie żebym był przeciwnikiem tego nurtu, ale nikt nie pokazał czegoś ciekawego, czegoś co by przyciągnęło moją uwagę. Można więc powiedzieć, że przez te dwie dłuuugie godziny się męczyłem. Postanowiłem więc ten czas przeznaczyć na dokładne obejrzenie całego „The Docks”. Generalnie, jest to bardzo popularny klub w Toronto, gdzie często odbywają się imprezy dla młodzieży. Całe „The Docks”, to jednak olbrzymi teren, tak więc impreza odbywała się na wolnym powietrzu. Nie brakowało niczego. Było oczywiście stoisko z gadżetami i jak zwykle zabójczymi cenami, były punkty z jedzeniem oraz nazwijmy to „punkty rekreacyjne” tzn. wielki materac, gdzie można było sobie poskakać. Obejrzenie wszystkiego nie zajęło mi jednak tak wiele czasu, jak myślałem, więc trochę się musiałem pomęczyć oglądając „młodzież”.
Około 14.15 z głównej sceny (zapomniałem, były 2 sceny – jedna dla „młodziaków” i druga dla „starszyzny”) zaczęło dobiegać rzężenie gitary. Wszyscy wiedzieli, że koncert zacznie Black Label Society, ponieważ wystrój sceny był już widoczny od dawna, dwie flagi z charakterystycznym logo oraz 2 kościotrupy wiszące na łańcuchach w obu rogach sceny. Wystrój naprawdę robił wrażenie.
I w końcu są. Po bokach – basista i drugi gitarzysta, a po środku ten najważniejszy – Zakk Wylde w swoim charakterystycznym jeansowym wdzianku i z charakterystycznym Gibsonem (dla fetyszystów – był to ten w srebrno-czarne koła). Zaczęli z „grubej rury”, bo od Superterrorizer. Co za czad, co za nagłośnienie. Po prostu potęga!! Następnie poleciały – All For You (przy którym pojawiły się chwilowe problemy z nagłośnieniem) oraz 13 Years of Grief. Kolejny punkt programu to solo Zakka, które było po prostu kopią tego z Live and Loud. Następnie jeden z moich ulubionych kawałków, czyli The Beggining… at Last z genialną solówką, oraz na koniec No More Tears, który został oczywiście przyjęty najcieplej. Generalnie, z perspektywy całego koncertu, muszę powiedzieć, że był to, o dziwo, jeden z najchłodniej przyjętych zespołów tego dnia. Nie wiem czemu, może dlatego że radio i tv nie piłują go non-stop ? Zresztą nieważne, według mnie wypadli świetnie, a ja z góry wiedziałem, że to będzie jeden z lepszych momentów całego festiwalu.
Kolejną kapelą, która uraczyła nas swymi dźwiękami, był Disturbed. Od początku, ku mojemu smutkowi, byli dużo lepiej przyjęci niż BLS. Jednak zasłużyli sobie na to. Ich 50-minutowy koncert wypadł naprawdę świetnie (jednak w porównaniu z warszawskim, gdy grali jako support dla Marylina Mansona, chyba nieco gorzej).
Teraz następuje zespół, którego udział w Ozzfescie, to chyba największa pomyłka. Mowa o Crazy Town. Prawie na samym początku zespół został obrzucony dosłownie setkami pustych butelek po wodzie, która tego dnia schodziła w hektolitrach. Całemu incydentowi towarzyszyły oczywiście hasła typu: f*** you, Crazy Town, go home czy You f*** su***. Mimo tego Crazy Town odegrał pełny set, co też jest godne podziwu (przyznacie, że granie przez 40 min, dostając co chwila butelką po głowie, to nie lada sztuka).
Tuż po krótkiej zmianie sprzętu na scenie pojawiła się jedna z czołowych gwiazd nu metalu – Linkin Park, który został przyjęty entuzjastycznie. Po tym prawie godzinnym show nastąpiła największa dla mnie niespodzianka tego dnia. Mam tu na myśli Papa Roach. Zespół, po którym nie spodziewałem się za wiele, a który dał niesamowity koncert. Zdecydowanie największa w tym zasługa Coby’ego Dicka – wokalisty zespołu, który jest po prostu wulkanem energii na scenie. Śpiewa, jakby to miał być jego ostatni koncert w życiu. Tego się po prostu nie da opisać. Jedyna osoba, która mi się z nim kojarzy i do której mógłbym go porównać to Zack de la Rocha. Ta sama spontaniczność, ta sama energia. Po prostu nie do opisania. Widać, że facet nie pozuje i naprawdę kocha to, co robi. I właśnie za to ich szanuję. Na koniec mam info dla fanów. Kapela zagrała jeden nowy numer, który ukaże się na ich następnym albumie. Jego tytuł to Walkin Thru Barbed Wire i powiem tylko tyle, że jest niezły. Czas pokaże, czy to będzie ich nowy przebój.
Slipknot dali porywający koncert. Podejrzewam, że większość publiki nie widziało ich po raz pierwszy, toteż przyjęto ich prawie, jak główną gwiazdę. Zespołowi to się na pewno bardzo spodobało, ponieważ odwdzięczyli się prawie godzinnym koncertem. Duża część „kawałków” pochodziła z ich nowego, jeszcze wówczas nie wydanego krążka Iowa. Poza tym zagrali oczywiście swoje największe hity z Wait and Bleed na czele.
Ostatnim supportem tego dnia był nie kto inny, jak sam Marilyn Manson, który dał koncert o niebo lepszy od tego warszawskiego. Zarówno pod względem muzycznym, jak i wizualnym, choć repertuar uboższy i mniej ciekawy (bez niespodzianek, prawie wyłącznie utwory singlowe, nic jednak z debiutanckiego albumu). Najlepiej wspominam Antichrist Superstar, podczas którego Manson, udając Hitlera, śpiewał z ogromnej mównicy. To robiło wrażenie.
Jako ostatni wystąpili oczywiście Ci najwięksi, z największych, Ci co powołali do życia zjawisko zwane heavy metalem. Ladies and Gentlemen – BLACK SABBATH. Była już po 21.00, tak więc pora idealna. W końcu zostały uruchomione dwa wielkie telebimy, na których, jako „intro” do całego show, zaczęto pokazywać krótki filmik o BS. Po tym przedsmaczku na scenie pojawiła się „wielka czwórka” – Bill za garami, Geezer i Tony bo bokach oraz On po środku. Tłum zaczął wyć jak oszalały, krzycząc „Ozzy,Ozzy” (miłym akcentem było kilka zdjętych biustonoszy i nagich piersi uradowanych dam, które ogromnie się cieszyły widząc siebie „topless” na telebimach).
Całe show zaczęli bez owijania w bawełnę, od razu z grubej rury zasunęli N.I.B. Doskonałe, potężne brzmienie gitary Iommiego, charakterystyczny bas Butlera i walący w bębny, jak sam szatan – Bill Ward. Tego się nie da opisać.Po prostu nie da !! Kolejnym „kawałkiem” którym nas panowie uraczyli był „Snowblin. Wiem, że to „klasyk”, ale dla mnie był to najsłabszy kawałek ich koncertu. Trzeci utwór wywołał spore zamieszanie i dezorientację wśród publiki. Nic dziwnego, bo był nim Scary Dreams. Znaczna większość oczywiście nie znała tego kawałka. Ja jednak dumnie mogłem go zaśpiewać razem z Ozzym (nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy koleżki stojącego obok mnie, mówiącego „skąd ty, k***, znasz ten kawałek ??„). Następnie były utwory, których nie mogło zabraknąć – Iron Man, War Pigs (świetnie odśpiewany przez publikę, jeden z lepszych momentów koncertu) oraz mała niespodzianka, czyli The Wizard z harmonijką Ozza. Po tym nastąpiła krótka cisza, po której na ekranie pojawił się filmik, przedstawiający stary kościół w nocy. Świetnym ujęcia z zewnątrz i wewnątrz pustego kościoła, towarzyszył dźwięk dzwonu. I już nie muszę mówić, co nastąpiło potem. Powiem tylko, że dla mnie była to najbardziej niesamowita chwila tego dnia. Po tym kultowym kawałku nastąpiła krótka zabawa Ozzmana z publicznością, na koniec której Ozzy powiedział: jeśli nie zawyjecie wystarczająco głośno, to będzie ostatni kawałek tego wieczoru. Ludzie więc zaczęli. Ich krzyki przerwał jednak genialny riff Into the Void. Po jego odegraniu Sabbath zszedł ze sceny. Nie, nie to tylko żart. Egzamin został zdany. Na koniec zespół wykonał nieśmiertelny Paranoid oraz mój ukochany utwór – Children of the Grave.
To wszystko. Koniec. Kapela schodzi ze sceny, a z głośników rozbrzmiewa piękne Changes. Wszyscy uradowani opuszczają teren The Docks, a wśród nich ja szczęśliwy, że przynajmniej przez 90 minut mogłem obcować „na żywo” z tą heavy-metalowa legendą.