Artykuł oryginalnie opublikowany na rockers.com.pl 12.12.2011 r.
Kto: Foals, Red Hot Chili Peppers
Gdzie: Berlin, O2 World
Kiedy: 04.12.2011 r.
Setlista:
- Monarchy of Roses
- Dani California
- Charlie
- Look Around
- Otherside
- Throw Away Your Television
- Can’t Stop
- The Adventures of Rain Dance Maggie
- Hard to Concentrate
- Me & My Friends
- Ethiopia
- Under the Bridge
- Right On Time
- Californication
- By the Way
- Factory of Faith
- Everybody Knows This Is Nowhere
- Give It Away
Czerwone Papryczki po dłuższej przerwie oraz kolejnym przetasowaniu w składzie ruszyli w trasę promującą nowy album I’m With You. Czwartego grudnia zaprezentowali swoje najnowsze dzieło publiczności zgromadzonej w berlińskiej O2 World.
Występ Chili Peppers poprzedzał angielski zespół Foals, który swoim ezoterycznym, industrialnym brzmieniem raczej publiczności nie porwał. Jeśli dodatkowo zestawimy to z wiedzą, że na początku lat 90. zdarzało się, że przed Red Hotami grywali Perl Jam czy Nirvana, to możemy tylko z rozmarzeniem westchnąć.
W trakcie półtoragodzinnego występu gwiazdy wieczoru usłyszeliśmy osiemnaście utworów z czego pięć pochodziło z nowej płyty. Poza tym dominowały piosenki z krążków wydanych już w XXI wieku, ale było też kilka gorąco przyjętych wycieczek w lata 90. i 80. Oprócz spodziewanych hitów pojawiły się także pozycje mniej oczywiste, z których najbardziej ucieszyło mnie Hard to Concentrate oraz często popełniany przez Peppersów żart muzyczny, tym razem w postaci coveru Neila Younga Everybody Knows This Is Nowhere. Oprawa koncertu przygotowana była bardzo atrakcyjnie. Osiem mniejszych telebimów krążących nad głowami muzyków, jeden ogromy za plecami zespołu oraz ciekawe animacje budowały wrażenie show przygotowanego w najmniejszych detalach.
A sam zespół? Olśniewający i jedyny w swoim rodzaju. Pomimo upływu lat Panowie nie stracili młodzieńczej fantazji ani poczucia frajdy z tego co robią. Fenomenalna jak zawsze sekcja rytmiczna hipnotyzowała rozemocjonowanych fanów. Flea niczym licealny małolat biegał po scenie w kolorowych trampkach, z włosami zafarbowanymi na zielono, w spodniach w których jedna nogawka jest długa a druga krótka. Kiedy akurat nie grał, ćwiczył taniec brzucha albo wdrapywał się na swoje wzmacniacze, a wracając na scenę na bisy przeszedł całą jej długość na rękach. Kiedy grał, robił to po prostu mistrzowsko. Nie ma wątpliwości, że w obecnym składzie to on w sposób jednoznaczny dominuje w sferze instrumentalnej. Josh Klinghoffer w większości pozostaje w tle. Wyraźnie widać, że nie ma tyle charyzmy i umiejętności co Frusciante, ale aż tryska pozytywną energią i wydaje się świetnie zgrany z zespołem. To, co najbardziej łączy go z poprzednikiem, to absolutna konsekwencja w graniu partii solowych zupełnie inaczej niż w wersjach studyjnych. Anthony Kiedis rozpoczął koncert we fraku i wraz z upływem czasu tracił kolejne części garderoby kończąc tradycyjnie półnagi. W trakcie koncertu pląsał po scenie w charakterystyczny dla siebie sposób i z rzadka nawiązywał kontakt z publicznością. Wokalnie radzi sobie raczej średnio. Świetnie wypada w partiach rymowanych ale śpiewa już mocno nieczysto. Pod koniec zaczął żartobliwie przekomarzać się z Flea oraz podniósł polską flagę która wylądowała na scenie i rozłożył ją na wzmacniaczach basowych. Muzyków wspomagali na scenie także klawiszowiec i perkusista odpowiedzialny za tak zwane przeszkadzajki, ciekawie uzupełniając brzmienie Papryczek. Do pełni szczęścia zabrakło mi już tylko sekcji dętej tak wspaniale uzupełniającej gitary na pierwszych płytach RHCP.
Na koniec poczucie radości mieszało się z lekkim niedosytem, co jest naturalne w przypadku bandu, który nagrał tyle niesamowitej muzyki, że pewnie nawet trzy razy dłuższy koncert nie zaspokoiłby do końca wszystkich oczekiwań fanów. Kolejna okazja do nasycenia już niedługo – w lipcu Chili Peppers przyjeżdżają do Warszawy!