T.Love, Szczecin, Heya Club, 09.12.2011 r.

Artykuł oryginalnie opublikowany na rockers.com.pl 17.12.2011 r.

Kto: Rich Bich, Shamboo, T.Love
Gdzie: Szczecin, Heya Club
Kiedy: 09.12.2011 r.

Na klubowym koncercie T.Love nie było w Szczecinie od jakichś pięciu lat. Grali jednakże na tegorocznych Juwenaliach, przyznam, że byłem niezmiernie ciekaw jaka będzie frekwencja na koncercie, jaką popularnością cieszy się w tej chwili zespół, zwłaszcza że bilety do najtańszych nie należały. Jak się okazało, i co cieszy, naprawdę sporą, choć z podsłuchanych rozmów wynikało, że dominują słuchacze, dla których najbardziej kultowym i największym przebojem grupy jest Ajrisz.

Koncert odbywał się w klubie Heya, znajdującym się w byłej lokomotywowni Szczecina Głównego, miejscu ciekawym i klimatycznym, choć dojście do wejścia ciemnymi, opuszczonymi zaułkami, niewątpliwie mogło wzbudzać dodatkowy dreszczyk emocji. Zaiste nietypowe to dosyć, wejść do klubu otwierając ciężkie blaszane drzwi, by zderzyć się z niesamowitym zimnem (niektórzy pod sceną stali w kurtkach!), a w środku „tojtoje”… Niemniej jednak miejscówka ciekawa i, co ważne, o dość dobrej akustyce i nieźle zagospodarowana. Spodobało się też kapeli, fajna tancbuda nieraz powtórzył Muniek w czasie koncertu.

Zespół był właśnie w końcowej fazie trasy promującej boks T.LoveStory zawierający wszystkie albumy grupy, płytę z numerami nowymi i bonusowymi, a także DVD z teledyskami i dodatkowymi materiałami. Można się było zatem spodziewać największych hitów formacji. Przed gwiazdą wieczoru, publiczność rozgrzewały grupy Rich Bich i Shamboo. Dowiedziałem się jednak o tym dopiero po koncercie, bowiem w czasie występów supportów rozmawiałem z muzykami T.Love (wywiad w dziale artykuły), a na plakatach nie zostali wspomniani. Wymieniony został na nich natomiast legendarny dla polskiej sceny gitarzysta Robert Brylewski (jak Muniek nieraz podkreślił, jego idol).

Grupa dała porządny, niezwykle udany i zaskakująco długi (niemalże dwie i pół godziny!) koncert, podczas którego nie zabrakło i największych hitów i numerów z zapowiadanej nowej płyty. Z tychże, oprócz znanych już dość dobrze tym, którzy byli na Juwenaliach, Mojej kobiecie i Country Rebel, tym razem zabrzmiał także zaskakujący numer Tamla Lavenda. Zaskakujący, bo dobrze bujający, mocno taneczny i, co ciekawie, ze zwrotkami śpiewanymi przez Muńka falsetem! Efekt doprawdy ciekawy, przyznam, że z coraz większą niecierpliwością oczekuję albumu. Z rzeczy starych, nie zabrakło numerów zaskakujących, mniej znanych szerszej publiczności. Koncert otworzył Zły wtorek, po chwili zabrzmiały Złygmunt Staszczyk i Brutalna niedziela z płyty Prymityw. Przyznam, niesamowicie pozytywne zaskoczenie. Co ciekawe, zespół wykonał te utwory z saksofonem (na którym oczywiście Tom Pierzchalski), co przyniosło bardzo intrygujący efekt. Generalnie, ostatnimi czasy, T.Love na scenie coraz liczniejsze i coraz ciekawsze te aranżacje. Wiele wnosi tu od siebie Michał Marecki, którego partie klawiszowe ciekawie wzbogacają utwory, a i sięga on po akordeon i inne instrumenty (co ciekawe, w jednym z utworów na klawiszach zastąpił go techniczny Budzik).

A, wracając do zaskoczeń, zespół wykonał także Make war not love i nawiązując do zbliżającej się rocznicy stanu wojennego, dawno niesłyszany utwór Ogolone kobiety. Robert Brylewski pojawił się na scenie gdzieś w połowie występu. Wspólnie z nim zespół zaprezentował ogniste wersje utworów KryzysuŚwięty szczyt i Armagedon – które Muniek wyśpiewywał w duecie z „Robim”, który oczywiście grał także na gitarze. Stare punkowe klasyki (starsze niż większość zgromadzonej publiczności) bardzo się podobały, co nie dziwi, bo zagrane były naprawdę z porządnym wykopem. Robert wykonał z zespołem jeszcze Bankrobber z repertuaru The Clash i, już na bisy, I Love You.

Nie zabrakło oczywiście największych hitów grupy, a co warto wspomnieć, spore poruszenie wzbudziło Polskie mięso, najnowszy singiel zespołu, który fantastycznie wypada na żywo i który już teraz można zaliczyć do klasyków formacji. T.Love w naprawdę znakomitej dyspozycji. Utwory czaderskie zagrane były z należytym wykopem (oczywiście najwięcej uwagi skupiał na sobie megażywiołowy Janek Pęczak), a świetnie wypadły lżejsze numery z Jazdą i Nie nie nie na czele. Nikt nie opuszczał klubu niezadowolony!